1. Czas grozy 18. Junosza


    Data: 25.07.2020, Autor: Historyczka

    A może inny bieg zdarzeń?
    
    Tej nocy do komnaty Marthy zapukał najmłodszy z dwunastki wojów, którzy mieli ją nawiedzać.
    
    Nieśmiało wsadził głowę z jasną czupryną w szparę utworzoną przez uchylone drzwi...
    
    - Pani... czy mogę... starsi druhowie prawią, że to moja kolej, bom ustrzelił z murów aż dwóch Wikingów... - Cicho wydukał.
    
    - Ano, jeśli tak. Zapraszam. - Martha siliła się na uśmiech.
    
    Stała w strojnej sukni. Zastanawiała się wcześniej, jak przyjmować tych wojów? Czy już leżąc w łożu w koszuli nocnej, czy w dziennym odzieniu. Postanowiła być jednak szykowną damą i oczekiwać w stroju, jakby wybierała się na wieczerzę dworską, lubiła być wytworną.
    
    - A zatem prawdziwy z ciebie junak! Bohater! Taki młody a pozbawił żywota dwóch wrogów! Ileż ty młodzieńcze liczysz wiosen?
    
    "Junosza! Może nigdy nie obcował jeszcze z białogłową? Może nigdy nie zapuścił swego mieczyka do pochewki...?"
    
    - Abo to wiadomo ile? Przygarnięto mnie jeszcze jako pacholę, bom stracił rodzicieli, gdy spustoszono moje sioło. Posługiwałem rycerzom, a oni mnie uczyli parania się mieczem, czy łukiem. Uznali mnie za pojętnego w sztuce wojennej, to i zostałem najmłodszym wojem w całej krainie...
    
    Poczuła w sobie jakieś opiekuńcze uczucia, jakby chciała mu matkować.
    
    Pogłaskała go dłonią po czuprynie.
    
    - Młodyś. Pewnieś jeszcze nie miał niewiasty w łożu?
    
    - Nnnieee... - wyszeptał.
    
    Objęła go i przytuliła do siebie.
    
    - A matkę swoją pomnisz?
    
    - Jako przez mgłę. Urodziwa była! ...
    ... Jako i pani. Takoż miała jasne włosy. Jako i pani...
    
    Zaszlochał, lecz cicho i krótko. Wtulił się w nią jak w rodzicielkę.
    
    Kobieta nie wiedziała, jak się zachować. Młodzieniec bardzo jej się spodobał, ponadto po raz pierwszy w życiu poczuła, że z nowopoznanym człowiekiem zaczyna łączyć ją jakaś niezrozumiała, niedefiniowalna więź.
    
    Jakże się zdumiała, kiedy usłyszała słowa:
    
    - Czy ja do pani mogę mówić - matko?
    
    Chciała odmówić, gdyż wydało jej się to dziwaczne. Jednak znajdowała w tym też coś podniecającego. Zmilczała długą chwilę. Wreszcie odezwała się.
    
    - Dobrze... Dobrze mój synku.
    
    - Matko... czy mogę lec swą skronią, na twych piersiach?
    
    Marthę niezwykle ekscytowała ta sytuacja. Wciskała jego głowę między swe piersi. Gdy młodzian przesunął nią nieco, jego twarz znalazła się na jej półkulach, na ich nagiej części.
    
    - Synku... - szepnęła, trzymając go za głowę i głaszcząc młodzieńczą czuprynę.
    
    Poczuła, jak jego usta zaczęły suwać się po jej piersiach...
    
    ***
    
    Wtedy, przez jej umysł przebiegł promień wspomnień.
    
    Była wtedy dziewczęciem. Dziewicą. Zbrojni, którzy stanowili jej straż, odstawili ją do pewnego klasztoru. Męskiego. Tam, za sowitą opłatę uiszczoną przez tajemniczego możnego, mnisi mieli uczyć dziewczę nauki pisania i czytania, łaciny i greki, a nawet historii świata...
    
    Przeor bardzo się nasrożył i wrogo ustosunkował się do takiego pomysłu.
    
    - Czyżeście powariowali! Dziewczę do klasztoru! Do tego uczyć! Co to za herezja! Urąganie ...
«123»