-
Samotnik
Data: 21.01.2024, Autor: batavia
... Trę ramieniem o ucho, nie wypuszczając kabla z dłoni. Mija godzina, nim wpinam ostatni przewód na swoje miejsce i składam radionadajnik w całość. Po raz pierwszy od kilku dni ogarnia mnie zadowolenie. Uśmiecham się pod gęstym zarostem brody i wąsów. Chwytam w palce przełącznik. Sekundę się waham. Chwila prawdy. – Zrobiłeś, co mogłeś – mówię do siebie. Tłumaczenie ignoranta. Przekręcam w pozycję "ON”. Nic się nie dzieje. Tyle mordęgi na nic – uświadamiam sobie w pełni porażkę. Zaczyna narastać we mnie gniew. Na upał, na swoją bezsilność, sam już nie wiem na co, więc walę ze złości pięścią w obudowę. Chcę poprawić kolejnym ciosem. Budząc się z letargu, nieśmiało mrugają kontrolki. Zamieram zaskoczony z ręką wzniesioną do kolejnego uderzenia. Zgasły… By zapłonąć za moment mocnym blaskiem. Okrągły, upstrzony cyframi częstotliwości ekran wypełnia blado żółte światło, a z głośnika z narastającym buczeniem dobiegają piski i trzaski. Czuję się, jakbym zdobył Mount Everest. Zerkam na chronometr i w pamięci przeliczam na czas w domu. Tam jest dwudziesta dwadzieścia. Bez skutku próbuję dostroić się do jakiejkolwiek stacji. Widocznie jestem poza zasięgiem – nachodzi mnie smutna refleksja. Odkładam narzędzia na miejsce i mocuję skrzynkę w uchwytach. Jestem zawiedziony. Spoglądam na wskaźnik stanu akumulatorów. Wskazówka stoi na czerwonym polu. Tyłek z mlaśnięciem odkleja się od koi. Jeszcze tylko włączam światła nawigacyjne i przechodzę na rufę. Uruchamiam silniczek do ładowania ...
... akumulatorów. Zastartował z cichym zgrzytem, jakby był równie zmęczony pogodą jak ja. Niechętnie zastukał miarowym rytmem. Dźwięk stężał, nabrał mocy, gdy zaskoczyła prądnica. Lampka nad stołem rozbłysła mocnym blaskiem. Zabieram z koi koc i, zmęczony jak galernik uwolniony z łańcuchów, wychodzę na pokład. Rozglądam się wokół. Żagle nadal zwisają bez ruchu. Konstatuję, że nic się nie zmieniło. Aż po kres widnokręgu pusto. Rozkładam koc na pokładzie i wyciągam się na nim. Wsuwam rękę pod głowę. Roziskrzone niebo przyciąga wzrok, fascynuje bezmiarem gwiazd. Próbuję odnaleźć znane konstelacje. W takich chwilach zanika poczucie czasu. Powieki coraz bardziej ciążą. Monotonny, miarowy terkot silnika usypia. * * * – Cześć, Robert. – Kasia z uśmiechem na twarzy chwyta mnie pod ramię. – Już wróciłeś. Ledwie zdążyłem zamknąć drzwi i już była przy mnie. Pochyliłem głowę. Musnąłem podsunięte usta. Coś niezrozumiale zamruczała niezadowolona. Objęła mnie za szyję. Przyciągnęła, przywarła ustami do ust. Dłoń sama powędrowała bezwiednie na pośladek. Uszczypnąłem. Odsunęła się. – Świnia. Dlaczego mnie szczypiesz? – Udawane oburzenie. Tak jakbym popełnił niewybaczalną profanację. Szturcha mnie w ramię i wraca do przerwanego zajęcia. – Za pół godziny obiad – rzuca od kuchennego blatu. W tych ciemnobrązowych oczach dostrzegam radość. Kosmyk rudych włosów uparcie spada jej na twarz. Machinalnie powtarzany gest dłoni uzbrojonej w długi nóż, odsuwający go na bok, niczego nie ...