-
Nigdy nie schodź ze szlaku (I)
Data: 15.06.2021, Kategorie: natura, bez seksu, nieznajomy, Autor: PannaNikt
... Po moich neuronach musiały chyba przelatywać iskry. Tylko spokój może mnie uratować - przysiadłam na najbliższym wystającym korzeniu. Komórka mi nie pomoże, bo nie mam zasięgu. Nie posiadam kompasu, zresztą jedyne do czego by się przydał z moimi umiejętnościami, to do rzucania w dzikie zwierzęta. Lepiej zostać w miejscu i przenocować pod drzewami, czy cały czas iść na przód licząc, że w końcu wyjdę na szlak? Na myśl przyszła mi książka Stephena Kinga, o małej dziewczynce, która podczas wycieczki Szlakiem Appalachów idzie siku do lasu i się gubi. Zamiast grzecznie czekać na pomoc, postanawia sama odnaleźć drogę. Idąc tak naprawdę oddala się coraz bardziej od terenów zamieszkanych. Jedyną rzeczą, która trzyma ją przy życiu jest walkman z radiem, w którym słucha meczów drużyny baseballowej Red Sox z jej ulubionym zawodnikiem - Tomym Gordonem. Po wielu dniach, gdy jest już skrajnie wykończona, właściwie na granicy życia i śmierci, zostaje odnaleziona. Brrr. Bezsensowne dywagacje przerwało mi burknięcie w brzuchu. Wiadomo, że na głodnego nie ma co podejmować ważnych decyzji. Otwarłam plecak, który był krzykiem mody we wczesnych latach 80-tych i dokonałam smutnego rekonesansu. Dużo nie wzięłam, bo nie było miejsca. Liczyłam, że szybko dotrę do schroniska i zamówię coś ciepłego albo wydębię jedzenie od Kaśki. Została mi właściwie już tylko wymięta bułka z serem żółtym. Gdy ją niemrawo przeżuwałam, podjęłam decyzję - idę naprzód. TPN to z całym szacunkiem nie Yellowstone, który ...
... ma chyba z dziesięć tysięcy kilometrów kwadratowych. W końcu gdzieś dojdę! Poza tym, choć niby jest środek lata, noce bywają chłodne, będzie mi cieplej gdy się poruszam. Ostatnim argumentem było też to, że w ruchu czas mija szybciej. No i może zwierzętom będzie trudniej mnie namierzyć...? Spakowałam torebkę z bułki do plecaka i przy okazji odkryłam, że w jednej z kieszeni mam jeszcze gumę balonową. Jak idealnie pasowała do tych wszystkich różów, które miałam na sobie. Odwinęłam kawałek i wsunęłam do ust. Komu w drogę temu czas. Wstałam, otrzepałam pupę i ruszyłam przed siebie raźnym kłusem. *** Cały czas musiałam patrzyć po nogi, żeby się nie potknąć o wystające korzenie. Wokół mnie robiło się coraz ciemniej. Po około godzinie mój mózg zmęczył się stanem bezustannej paniki i przerzucił się na tryb "swobodne dryfowanie". Przypomniała mi się jedna historia, którą opowiadał nam instruktor na szkoleniu lawinowym, o słynnej niedźwiedzicy Magdzie, która na jakiś czas zawładnęła Doliną Roztoki. Otóż Magda upodobała sobie wyjadanie resztek ze śmietników wokół schroniska, czym notorycznie straszyła turystów. Kiedyś włamała się też do samego budynku. W końcu wraz z młodymi przeniesiono ją do ZOO. Niedźwiadki przyzwyczaiły się do niewoli, Magda nie. Próbowała uciekać, była niespokojna i w końcu zdechła, ponoć z tęsknoty za górami. Albo na przykład to, co przydarzyło się w Tatrach takiej znajomej zakonnicy. W pewnym momencie zaczął ją śledzić... lis. Im bardziej starała się od niego ...