-
Aż po grób. Cz. 10 - Sandra
Data: 07.10.2021, Autor: psychoDad
Zgodnie z moim genialnym planem plaster w postaci Jowity działał idealnie. Niestety tylko do czasu mojego pierwszego spotkania z Sandrą... Ale od początku. Z Sandrą spotkałem się dzień po moim powrocie. Z racji że chcieliśmy spotkać się najszybciej jak było to możliwe, nie było czasu na szczegółowe planowanie, zadbanie o alibi dla Sandry na czas schadzki czy chociażby rezerwacji hotelowego pokoju, było to dosyć specyficzne spotkanie jak na Naszą dwójkę, która wszystko lubiła mieć zapięte na ostatni guzik i dopracowane wręcz z chirurgiczną precyzją. Tego dnia nie liczyło się nic poza spędzeniem wspólnie kilku chwil, chociażby kosztem zdemaskowania Naszego romansu. Totalne wariactwo nadające dodatkowego dreszczyku emocji zbliżającemu się wieczorowi. Sandrę zgarnąłem z dworca PKP w mojej miejscowości. O szesnastej kończyłem bardzo ważne spotkanie, a ona nie chciała wydłużać rozłąki o czas mojej podróży do niej, więc uznała że wybierze się w do mnie pociągiem, dając nam dodatkowe minuty na wspólnie spędzony czas. Cała ta sytuacja sprawiała tknęła we mnie odrobinę nostalgii względem pkp, ale mimo to nie potrafiłem sobie przypomnieć kiedy wcześniej stałem na peronie bacznie obserwując postaci w oknach zatrzymującego się pociągu wypatrując tego najważniejszego dla mnie pasażera, a na pewno nigdy wcześniej nie towarzyszyły mi tak silne emocje w takiej chwili. Jeden wagon... nic... drugi wagon.. znów pustka... trzeci wagon... JEST! Ruszam, uśmiecham się pod nosem, widzę już ...
... błyszczące oczy i promienny uśmiech idącej Sandry w moim kierunku, a każdy krok staje się jakby dłuższy, jakby proporcjonalnie szybszy od poprzedniego, a mimo to peron zdaje się rozciągać o kolejne metry z każdym moim kolejnym krokiem. Stoimy na przeciwko siebie, dzieli Nas mniej niż kilka metr. Stoimy szczerząc się do siebie i nie robimy nic, w Naszym stylu, poza patrzeniem sobie w oczy, nie robimy nic, delektujemy się chwilą. Czas stanął w miejscu, mijający Nas ludzie na peronie dawno już zniknęli w mroku miejsc gdzie nie sięgały pomarańczowe światła latarni a pociąg stukając kołami o szyny odjechał już w kierunku kolejnej stacji. My wciąż staliśmy... To właśnie wtedy cały mój misterny plan na wyciszenie buzujących w Nas uczuć zaczął się walić jak domki w Czeczeni podczas rosyjskiego oblężenia, ale moment, kiedy zamiast rzucić się na siebie w namiętnym pocałunku dwójki kochanków bezwarunkowo złapaliśmy się za ręce i bez słowa ruszyliśmy w kierunku samochodu, zarówno po moim planie jak i po całym czeczeńskim osiedlu zostawił już tylko krater głęboki na kilkanaście metrów. Dopiero po drodze, nieco uspokajając oddechy, zaczęliśmy odzyskiwać zdolności motoryczne i panowanie nad własnymi ciałami i odruchami. - Cześć - powiedziała pierwsza głosem małej, nieśmiałej dziewczynki. - Cześć, dobrze Cię mieć - odpowiedziałem. - Lubię Cię - Lubię Cię - Dobrze Cię mieć - Nigdy bym nie przypuszczał że w listopadowy wieczór może mi być tak gorąco - zażartowałem ...