-
Aż po grób. Cz. 10 - Sandra
Data: 07.10.2021, Autor: psychoDad
... wypuszczając ociężale powietrze z płuc. - Chcę żeby było Ci jeszcze goręcej - odbiła żart, a jej oczy błysnęły niczym iskierki Dopiero w samochodzie zaczęliśmy więcej rozmawiać, chwilami nie mogąc przestać mówić, wchodząc sobie w półsłowa, śmiejąc się i korzystając z każdej przerwy w podróży wymuszonej czerwonym światłem całując się zapalczywie. Podczas rozmowy, jako że tym razem poprosiła mnie, z racji bardzo spontanicznego spotkania, bym odwiózł ją do domu, dowiedziałem się gdzie Sandra mieszka, czym się zajmuje, kim tak naprawdę jest w chwilach, gdy nie spędza czasu ze mną. Były to przełomowe chwile, zacierające kolejne granice, które założyliśmy sobie na początku naszej znajomości, które z założenia miały trzymać bezpieczny dystans między nami, a finalnie ich zrzucenie zbliżyło Nas do siebie jeszcze bardziej, tworząc przyjemną, ciężką do nazwania więź. Nie planowałem konkretnego celu podróży, ani jej konkretnego przebiegu. Prowadziłem samochód mniej więcej w kierunku miejscowości której nazwę zdradziła mi Sandra, po drodze ciągnącej się wzdłuż starego, bukowego lasu i podobnie jak ona oddawałem się rozmowie, która jej towarzyszyła. Na zewnątrz, mimo że zapadał już zimowy zmrok, było przyjemnie widno jak na tę godzinę. Wszystko za sprawą pełni księżyca, którego promienie docierały przez bezchmurne niebo do pokrytej szronem ziemi, która w swoim białym kolorem dodatkowo odbijała jego światło. Co kilka kilometrów rzucały mi się w oczy ukryte w mroku pobocza zjazdy ...
... na leśne parkingi, które z każdym kilometrem zaczynały mnie coraz bardziej intrygować, dlatego widząc jeden z nich na tyle wcześnie, by móc bezpiecznie zjechać, skorzystałem z okazji i trafiliśmy w miejsce tego wieczoru zupełnie niezwykłe. Po przejechaniu kilkunastu metrów leśnym duktem trafiliśmy na polanę gęsto otoczoną wręcz posągowymi bukami pochylającymi się nad otwartym, nieporośniętym niczym ternem, które skutecznie odcinały go od namiastki cywilizacji pojawiającej się sporadycznie na pobliskiej drodze. Polana była mocno rozświetlona światłem księżyca, a już na jej skrajach zapadał czarny jak smoła mrok wylewający się z gęstych, blisko stojących przy sobie drzew. W tym miejscu, na tej polanie, w samochodzie, przy delikatnie rozświetlonym jego wnętrzu, zupełnie nadzy, na tylnej kanapie, z mokrymi od potu ciałami, spędziliśmy ponad trzy godziny. Pieściliśmy swoje ciała i dusze. Zaspakajaliśmy swoją chuć pozwalając sobie na mechaniczne pieprzenie, zaspakajaliśmy swoją wzajemną wrażliwość karmiąc się wzajemnie własnymi emocjami, dotykając w milczeniu wzajemnie swoich twarzy patrząc sobie jedynie w oczy. Do domu Sandry zostało zaledwie kilka kilometrów. Według jej instrukcji miałem stanąć nieopodal, na marketowym parkingu, który o tej godzinie powinien być już zupełnie pusty, a z którego mogła na piechotę dotrzeć do domu nie wzbudzając większych podejrzeń. - Sandra - zacząłem obrazować słowami to, co siedziało mi w głowie - Proszę - W całym samochodzie, na mnie, ...