-
Nocny pociąg z rudzielcem, czyli na zdrady nie ma rady - wersja 2020 (2/2)
Data: 18.04.2022, Autor: AgnessaNovvak
*** – Powtórz to! – żądam od ciebie twardo. – Ale co dokładnie? – Wydajesz się autentycznie zaskoczona. – Wszystko. Tak, jakbyś mówiła wprost do mnie! – uściślam. – Weź mnie jak nikogo wcześniej! Wyżyj się za wszystkie czasy! – podnosisz głos, aż mając na uwadze komfort pozostałych podróżnych, muszę cię przyhamować. – Potraktuj jak ostatnią szmatę i uderz, a gdybym wrzeszczała, zatkaj mi usta! Najlepiej własnym fiutem! Zajedź we mnie jednego kondoma, drugiego, nawet dziesiątego, jeśli będzie trzeba! Przerżnij na wylot moją nienasyconą pizdę, rozochoconą dupę, lubieżne wargi! – chichoczesz nagle, jakbyś opowiedziała wyjątkowo udany dowcip. – W tej właśnie kolejności! A potem powtórz wszystko jeszcze raz i… – Bądź więc tak miła – wchodzę ci bezczelnie w słowo – i zamknij się, Mirello! Celowo ściągam twoje ramiona jeszcze mocniej, aż niewielkie początkowo fałdki między ich nasadą a biustem wybrzuszają się. Korzystając z okazji, chwytam je w usta. Nie przeszkadza mi, że daleko ci do nawet szeroko pojmowanych kanonów piękna, a o świeżości twojego ciała moglibyśmy dyskutować. Naprawdę intensywnie. Wbijam palce w miękką pupę, którą mnie przytłaczasz i coraz słabiej powstrzymuję się od wsadzenia rozpalonego do granic penisa głęboko w źródło kleistej wilgoci. Tak bliskiego, chętnego oraz szeroko otwartego. Przez głowę przemyka mi nagła myśl: w której kieszeni walizki mogą być te cholerne prezerwatywy? Gdy kończę wylizywać zaskakująco smakowite wałeczki, ...
... przenoszę się ku szyi. Zahaczam jeszcze o niedający się ukryć drugi podbródek, po czym wracam do piersi. Łapię wargami za rozbudzone sutki i mocno zasysam, czując na języku charakterystyczną słoność. Przygryzam je zębami. Z początku leciutko, czujnie obserwując reakcję. Chcesz więcej, widzę to wyraźnie! Ściskam cię mocniej, aż do momentu, w którym grymas bólu wykrzywia ci twarz. Późno się to dzieje. Bardzo. Klepię twój boczek. Coraz energiczniej. W końcu uderzam, jakbym wyrabiał wyjątkowo oporne ciasto, z którym nie mogę sobie poradzić nawet wałkiem. A ty za każdym razem spinasz się mocniej, stękasz głośniej i… uśmiechasz. Gryzę brodawki niemal do krwi, paznokciami jednej ręki rozdrapuję skórę, zostawiając czerwone szramy, a drugą dosłownie biję. I boję się, dokąd zmierzamy? A ty się śmiejesz. Chwytam cię za kark i zmuszam do zejścia. Wpijam się w usta, obśliniając policzki i brodę. Schodzę ku dołowi, miętosząc po drodze trzęsący się brzuszek, całując oponki, wciskając język w pępek. Już z tej odległości dociera do mnie twój zapach, lecz odważnie podążam niżej. Przykładam nozdrza do zmierzwionych włosów, porastających wzgórek i aż muszę się cofnąć. Nie wiem, kiedy ostatnio się odświeżałaś, i wolę nie pytać. Nie, że – wybacz dosłowność – śmierdzisz, ale ostra, drażniąca woń potu, ociekającej lepką żądzą pizd… kobiecości i amoniakalnej nuty moczu w tle jest dla mnie zupełną nowością. Perwersyjnie tajemniczą i fascynująco wręcz wulgarną, którą, pełen ambiwalentnego podniecenia, ...