1. Niemoralna propozycja (V). W motelu


    Data: 07.05.2022, Kategorie: szantaż, pończochy, urzędnik, Autor: historyczka

    ... skoro przyjeżdżam z tym kimś do motelu?! Nie muszę sobie odpowiadać, że wyszłabym na cichodajkę…
    
    Wiję się przy odpowiedzi. Jakich tu słów użyć – “sympatia”? Głupie! “Dziewczyna”? Bez sensu. W takiej sytuacji – myślę wkurzona na samą siebie – adekwatne jest chyba tylko słowo – “fuck girlfriend”!
    
    Wtedy następuje chwila przebłysku. Przecież takie to proste.
    
    - Znajoma. – Uśmiecham się.
    
    - Zarezerwowaliście państwo już nocleg, widziałem… – zagaja.
    
    A to drań, zacznie drążyć temat. Możliwe, że zaobserwował również, że wzięliśmy jeden klucz, a nie dwa.
    
    - No tu mają wygodne pokoiki – ciągnie tirowiec – tylko wyrka cholernie skrzypią! Ha ha! – Gapi się prosto na mnie. Gnojek! Jakby już słyszał przez ścianę, jak pode mną skrzypi łóżko!
    
    - No i ścianki działowe są cieniutkie! – jakby czytał w moich myślach – jak jakaś pani jest głośniejsza, to też ją dobrze słychać. Oj, dobrze! Ha ha!
    
    Pewnie łachmyto właśnie zastanawiasz się, czy ja jestem głośna? Pewnie już wyobrażasz sobie, jak słyszysz wydawane przeze mnie jęki!
    
    Boże! Przecież to jest moja przypadłość. Przecież zazwyczaj jestem zbyt głośna. Dobrze pamiętam ten mały hotelik w Krakowie… Gdy na śniadaniu okazało się, że jestem jedyną kobietą – wszyscy tak dziwnie się na mnie patrzyli. Wtedy ani omlet, ani parówka nie mogła mi przejść przez gardło… W myślach wyłącznie odtwarzałam – co wtedy wykrzykiwałam w nocy?! Zaś ten dupek, który ze mną siedział, wprost puchł z dumy, jakby się pysznił: “No i co, słyszeliście, ...
    ... jak jej ostro dawałem do pieca?!”
    
    Natomiast teraz to tirowiec nie dawał mi spokojnie zjeść kaczki. Zachęcał:
    
    - A wieczorem, leci tu śliczna muzunia. Wpadniesz, pani Marto? Taką lalę, jak ty, chętnie zaprosiłbym w tany! Oczywiście za zgodą naszego kierownika.
    
    A to jaki – “za zgodą kierownika”… A mnie to o zgodę nikt nie pyta, czy chcę zostać “wzięta w tany”… Zwłaszcza, że taki wstawiony drab, w tańcu pewnie nie trzymałby grzecznie łap przy sobie…
    
    - A pewnie, że się zgodzę! – Wyrwał się Antoni. – Ja tam się lubię dzielić słodyczami… Ha ha ha! A co to, ubędzie mi? To mydło? Się nie wymydli!
    
    No tak. Znam to powiedzenie – cipka nie mydło, się nie wymydli… Dranisko. Czy on naprawdę chce się mną podzielić?
    
    Benio ucieszył się i wreszcie nas zostawił, wypił tylko kielicha z kierownikiem.
    
    Skończyliśmy obiad, Antoni w szybkim tempie wypił całą butelkę.
    
    - No paniusiu. Czas na nas!
    
    Zadrżałam. A więc to teraz przyszedł na to czas. Urzędnik nieco wstawił się, będzie pewnie bardziej nachalny. Cóż tam, niech się zatem stanie, co ma się stać. Niech mnie przeleci… będę miała to wreszcie z głowy.
    
    Gdy wstaję od stolika, świat wiruje jak zwariowany. Antoni puszcza mnie przodem i ruszam w kierunku schodów.
    
    Gdy mijamy stolik z kierowcami tirów, podchmielony Benio krzyczy do współbiesiadników:
    
    - A to właśnie jest ta pani Marta!
    
    - Uuuuu! – Trzej koledzy tirowca urządzają mi głośną owację.
    
    - Panna Marta, grzechu warta! – zakrzyknął chudy dryblas.
    
    - Chętnie ...