-
Siedem
Data: 23.08.2023, Autor: asiaA
Prolog Pierwszy raz los naprawdę mnie zaskoczył. Fakt, przez ostatnich siedemnaście lat często bawiliśmy się w podchody, kpiny i pogróżki, jednak tym razem uderzył z otwartej pięści w najsłabsze, najczulsze miejsce. Zrobił to bez krzty litości czy sentymentu. Drugie uderzenie przyszło zanim zdążyłam złapać oddech po poprzednim. Bolało tak samo mocno. Dlaczego? Nie spodziewałam się po prostu, że cudowne rzeczy mogą ginąć w tak obrzydliwy sposób. Że mogą zwyczajnie zdychać - brzydko, nieelegancko, odrażająco. Niby rodzaj odchodzenia nie powinien mieć znaczenia, bo strata pozostawała ta sama, ale myśl, że nie będzie nawet skrawka żyznego podłoża na dobre wspomnienia, dobijała powolnymi pociągnięciami tępej żyletki. Chciałam sobie jakoś pomóc, choć miałam wrażenie, że tym "chceniem" tylko się ośmieszam. Że macham bezradnie łapkami jak dziecko wrzucone znienacka do głębokiej wody. Ostatkiem sił, niezdarnie próbowałam wypłynąć na powierzchnię, szukając jakiegokolwiek koła ratunkowego. Podczas ostatnich skurczy, wyobrażałam sobie więc, że stoję na moście. Rozdmuchiwałam w prawie martwej duszy gorącą pewność, że cały świat ogłuchł, zobojętniał i oślepł na tyle, że mogę być sama, że mogę skoczyć w tę lepką maź, która spływa mi po nogach i zbiera się na podłodze, tworząc ciepłą kałużę. Pomyślałam, że kiedy się w nią osunę i zupełnie poddam, to wtedy, dokładnie w tej samej sekundzie, uczucie szarpania zniknie, albo chociaż zelżeje. Miałam nadzieję, że ta nienazwana siła, ...
... która nie reaguje na opór mięśni i ciągnie, ciągnie, ciągnie, zaspokoi się moim upadkiem i przestanie. Nie przestała. Nie było też mostu, samotności, ciszy, opcji wyboru, opcji sterowania. Została ta okropna, zbrylona kałuża, która przecież zgodnie z niepisaną obietnicą, miała stać się czymś pięknym i żywym. Została pustka, niemożliwy do opisania, ale, jak to zwykle bywa, możliwy do przeżycia ból i przeraźliwie głośny szept za ścianą, który w swoim brzmieniu miał moc niszczenia: " Dzięki Bogu, że tak to się skończyło" . Część 1 Mogłabym zacząć od początku, ale początek nie miał większego znaczenia. Bo tak to już jest w życiu, że się obija, potyka przez lata o nieszczęścia, tragedie i niepowodzenia bez szkody większej niż zdarte kolana, ale wystarczy jeden upadek, by wszystko runęło razem z człowiekiem na łeb, ręce i szyję. Pierwszy raz zdarzył się zimą. Lubiłam tę porę roku nie tylko przez wypiękniały od brokatu, złota, światełek, zastępów Mikołajów i ton mandarynek świat, ale przede wszystkim przez aurę. Zimny wiatr, śnieg i niska temperatura powodowały, że ludzie chowali się za połami ciepłych płaszczy, szalikami, czy pod kapturami kurtek. Wszyscy jakby bardziej się spieszyli i łatwiej można było uniknąć spojrzeń przypadkowych przechodniów. Ich bezsłownej, wyrażonej jedynie brzydkim grymasem na twarzy odrazy, z której bez większego trudu można odczytać całe kilometry zdań: " Patrzcie na tę kurewkę w za krótkiej spódniczce. To przez takie jak ona, przez nią, ...