-
Wybawiciel (opowieść w czas zarazy)
Data: 27.10.2020, Autor: nefer
Znalazł ją wracając z dzbanem zaczerpniętej w strumieniu wody. Leżała nieruchomo wśród gęsto porastających sosnowy las zarośli. Młoda, w bogatym, chociaż poszarpanym odzieniu. Szlachcianka albo córka zamożnego kupca. Podszedł ostrożnie, zauważając teraz urodę dziewczyny, kruczoczarne włosy, szczupłą linię ramion. To przekonało go do bardziej odważnego działania. Służącym zwykle do wspierania niezbyt już pewnego kroku kosturem odwrócił nieprzytomną. Oblicze o regularnych rysach nie zawiodło nadziei, ważniejsze okazało się jednak to, że nie dostrzegł znaków moru: czarnych plam, które pojawiały się zazwyczaj na całym ciele, nie oszczędzając przy tym twarzy i szyi. Tak przynajmniej opisywali mu straszliwe znamiona mieszkańcy okolicznych wiosek i miasteczek, gdy jeszcze przychodzili do jego pustelni, by błagać o modlitwę i wstawiennictwo u Pana w ten straszliwy czas. Modlił się nawet żarliwie, wzywając pomocy Najwyższego, nigdy jednak nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Gdy wieści o czarnej zarazie nasiliły się, a on nadal nie doczekał się najmniejszego nawet znaku od Wszechwładnego, po prostu uciekł. Porzucił pustelnię, do której drogę znało aż nazbyt wielu i przeniósł się w tę dzicz. Utracił wprawdzie skromne wygody, do których zdążył przywyknąć, a także dary w postaci chleba, sera czy owoców, przynoszone zwykle przez bogobojnych wieśniaków, ale w zbudowanym naprędce szałasie też da się przeżyć, a korzonki, jagody oraz czysta woda również na pewien czas wystarczą. Zyskał za to ...
... bezpieczeństwo przed morem. Aż do tej chwili. Nieznajoma nie nosiła jednak znamion śmiertelnej choroby, za co zmówił w duchu krótką modlitwę. Skąd się tutaj wzięła? To oczywiste, uciekała przed czarną zarazą, a może i przed obawiającymi się obcych wieśniakami. Bezceremonialnie potraktowana kosturem dziewczyna zaczęła dawać oznaki życia, unosząc niepewnie głowę. Chlusnął jej w twarz wodą z dzbana, parsknęła i odgarnęła długie, zmoczone włosy. Skupiła spojrzenie na sylwetce pustelnika. - Ojciec... ojciec Michał? - spytała niepewnie. - Tak mnie nazywają – burknął. Skąd znała jego imię? No tak, cieszył się pewną sławą wśród okolicznych kmiotków, a siwej brody, szpetnej twarzy i starczej sylwetki nie sposób było pomylić. - Dzięki niech będą Matce! Szukałam cię, świątobliwy panie. - A po cóż to? - Wezwanie imienia Bogini Matki nie nastroiło go przyjaźnie, służył przecież Najwyższemu Panu. - Tylko ty możesz mi pomóc, łaskawy panie! Błagam, zlituj się nad sierotą! - Co się stało? Zmiękł odrobinę, uroda i żarliwe słowa nieznajomej zrobiły swoje, chociaż lata odrzucania pokus cielesnych powinny uodpornić go na powaby marnego świata. Takie dziewczęta nie trafiały jednak często w te zapadłe, puszczańskie okolice. - Mam na imię Sylwana, jestem... Byłam córką Bartłomieja Pazzi, szanowanego kupca korzennego i rajcy. Mieszkaliśmy w stolicy, zanim... Zanim Pan zesłał na nas ten dopust. Gdy zaraza pojawiła się w ubogich dzielnicach, ojciec zebrał złoto i najcenniejsze ...