-
Kapsel Berliner Kindla
Data: 22.02.2021, Kategorie: Inne, Autor: Marcin Mielcarek
Któregoś leniwego wieczora zadzwonił do mnie dobry kumpel. Siedziałem właśnie przed laptopem, powoli próbując wystukać coś na klawiaturze – coś co miałoby jakieś ręce i nogi. Siedziałem przy butelce piwa i było to właściwe określenie, bo piwo stało nieotwarte. Stało tak sobie udając obojętność. Odebrałem telefon.– Hej stary, co robisz? – Usłyszałem rozbawiony głos po drugiej stronie.– Siedzę i piszę, no prawie piszę – wyznałem.– Nieźle. Co byś powiedział na wypad do Berlina? Dziś? Mam tam kilka spraw do załatwienia – powiedział Erwin. Erwin był moim kompanem ze studiów.– Do Berlina? No nie wiem.– Na dwa, trzy dni, nie więcej. Będzie gdzie spać.– Zastanowię się.– Czyli, że się zgadzasz?– Nie wiem. Nie.– Nie to znaczy tak. Będzie fajnie, zobaczysz. Przyjadę po ciebie za godzinę.Rozłączył się, a ja popatrzyłem na to co miałem i zamknąłem stronę. Potem wyłączyłem laptopa. Chwyciłem za butelkę piwa i wstawiłem ją do lodówki.Dwie godziny później gnaliśmy już A2 w stronę niemieckiej granicy. Ja prowadziłem, a Erwin siedział obok i palił skręta. Widać było, że ma się dobrze. Mnie natomiast dobrze jechało się jego nowym audi.– Chcesz zajarać? – spytał mnie, odchylając się na siedzeniu.– Nie palę takiego czegoś – odparłem cierpko.Nie odpowiedział. Podgłosiłem muzykę – grało coś z rocka – i wdepnąłem na gaz. Auto pociągnęło do przodu jak szalone. Licznik pokazywał sto osiemdziesiąt, a wskazówka ciągle szła w górę. Zerknąłem na siedzącego kolegę – w sumie to leżącego. Chyba miał ...
... zamknięte oczy i nucił refren pod nosem. Odleciał.Oderwałem od niego oczy i spojrzałem na drogę. W tym samym momencie ktoś zjechał na lewy pas, wyskoczył tuż przed maskę. Dałem ostro po hamulcach i ledwo wyhamowałem, jednocześnie cały czas trąbiąc. Co za palant! Nawet nie dał kierunku!– Może jednak? – Wyciągnął papierosa w moją stronę.– Już Ci mówiłem. Nie palę.Chwilę później zaciągałem się skrętem. Miał mocny smak. Zrobiłem za mocny wdech i zakrztusiłem się, a z oczu poleciały mi łzy. Nie umiem palić, nigdy nie umiałem.– Dobry co nie? – zapytał z uśmiechem szelmy.– Ta. Zajebisty. – Wylałem trochę sarkazmu.Wziąłem jeszcze potem kilka buchów i po paru kilometrach białe pasy na drodze zaczęły się dziwnie wić. Zamrugałem. Znów były na swoim miejscu.– Erwin – powiedziałem tylko, a on zamruczał. – Nie dawaj mi więcej tego gówna.Dobrze, że wjechaliśmy do miasta nocą. Drogi może i nie były puste, ale jazda po metropolii w dzień jawiła się jako istna katorga. Jakoś nie przepadałem za miejską jazdą. Ciągłe te światła, ograniczenia, zakazy, nakazy i stopy. Ludzie jeżdzący jak wariaci, gnający jeden przez drugiego, na łeb, na szyję. To nie dla mnie. Wolę gdy mam przed sobą pustą, prostą i długą asfaltową ścieżkę.W końcu, po pół godzinnej jeździe w kółko, znaleźliśmy miejsce parkingowe. Zostawiłem a6 pomiędzy dwoma volkswagenami. Dalej też stały same niemieckie auta – coś na kształ nowoczesnego niemieckiego patriotyzmu.Do mieszkania ciotki Erwina mieliśmy jakieś dwadzieścia minut piechotą. Była ...