-
Księżniczka na palu
Data: 01.04.2021, Autor: Indragor
Początek roku szkolnego, pierwsza lekcja organizacyjna w klasie maturalnej i zaraz pierwsza niespodzianka. Nie minęło piętnaście minut, gdy otworzyły się drzwi i do klasy wszedł dyrektor wraz z jakąś dziewczyną. Dyrektor jak dyrektor, ale dziewczyna! Wysoka, chociaż może nie najwyższa, znając koleżanki w klasie. Szczupła, ubrana w białe dżinsy, pięknie podkreślające jej biodra, uda i jeszcze piękniej cipkę. Niestety, stała przodem, więc tyłka nie widziałem. Nie miałem jednak wątpliwości, że musi być doskonały. Wyżej biały T-shirt cudownie podkreślał dwie krągłe wypukłości. Nie za duże, nie za małe, takie, jakby to powiedzieć, doskonale dziewczęce, magicznie przyciągające wzrok. Całości dopełniały blond włosy spływające niewiele poza ramiona. Gdybym miał określić ją jednym słowem, no, może dwoma, powiedziałbym: cud natury. – Przepraszam za wtargnięcie, ale chciałbym przedstawić wam nową koleżankę. Będzie uczyła się z wami. To Arbelina Naram-Sin – odezwał się dyrektor. Następnie szeptem zamienił kilka słów z naszą wychowawczynią, a ta po chwili wskazując wolne miejsce, powiedziała do nowej: – Możesz usiąść tam, obok Krysi. – Co tamta uczyniła. „Nowa” szybko zdobyła sobie opinię dziwnej, a to za sprawą tego, co zdarzało się jej czasami powiedzieć. Toteż dziewczyny traktowały ją z pewnym dystansem. Jeszcze pierwszego dnia, Kryśka, ta, z którą kazała usiąść Arbelinie wychowawczyni, zbulwersowana oznajmiła nam: – Wiecie, co mi powiedziała? Że mogę do niej ...
... zwracać się „księżniczko”. Wyobrażacie to sobie? Jeśli chodzi o mnie, to w jakiś sposób ta jej inność fascynowała, ale zarazem zniechęcała do bliższej znajomości. Chociaż nie powiem, starała się być sympatyczną i może nawet taką była. Okazała się też dość spokojną dziewczyną, raczej bez szaleństw i niekiedy, takie odnosiłem wrażenie, nieśmiałą czy bardziej trafnie, zagubioną. Przyznam się, że wolę dziewczyny zdecydowane, dlatego, mimo tej mojej fascynacji, Arbelinę traktowałem tak samo, jak inne koleżanki w klasie. Ciekawe, że zawsze ubierała się w jasne ciuchy. Najczęściej białe spodnie lub białą spódnicę, czasami w coś kolorowego, ale zawsze były to jasne odcienie. Nigdy nie widziałem jej choćby w czarnych leginsach albo ciemnej bluzce. Na tydzień, może dziesięć dni przed andrzejkami zaobserwowałem na dużej przerwie ciekawy obrazek. Arbelina po kolei podchodziła do kilku dziewczyn i coś mówiła, po czym, po odpowiedzi, odchodziła ze spuszczoną głową. Zorientowałem się, że o coś prosi, a one jej odmawiają. Do końca następnej lekcji zżerała mnie ciekawość, o co chodzi, ale raczej nie miałem szansy się dowiedzieć. Myliłem się. Po lekcjach Arbelina podeszła właśnie do mnie. – Cześć – rzuciła niepewnie. – Cześć. – Wiesz, rodzice wyjeżdżają na sobotę i niedzielę w ważnej sprawie. A ja… ja po prostu nie lubię być sama. Sprowadziliśmy się tutaj niedawno i jeszcze nie znam wszystkich obyczajów, no i czuję się trochę nieswojo, no i nie chciałabym tak długo być sama, a szkoła ...