1. Księżniczka na palu


    Data: 01.04.2021, Autor: Indragor

    ... wydukałem, dopiero teraz powoli odzyskując mowę.
    
    – Witaj i dziękuję. – Uroczo pokręciła biodrami. Równocześnie przysunęła główkę kwiatka do nosa i powąchała. – Ślicznie pachnie – dodała z zadowoleniem, zerkając znad kwiatka prosto mi w oczy.
    
    Kwiatek powędrował do wąskiego flakonika, a całość stanęła na stoliku w salonie, do którego zostałem uprzejmie zaproszony.
    
    Nim usiadłem na luksusowej kanapie wypoczynkowej, moją uwagę przykuło stojące z boku terrarium. Podszedłem bliżej, obserwując gadzinę wewnątrz, która momentalnie podniosła łeb, spoglądając mi prosto w oczy. Poczułem ciarki, bo wydało mi się, że patrzy na mnie jak człowiek.
    
    Tymczasem zbliżyła się Arbelina.
    
    – Wąż? – zapytałem.
    
    – Żmija.
    
    Chwilę patrzyliśmy na gada, po czym dziewczyna złapała mnie za rękę i ze słowem „chodź”, i pięknym uśmiechem godnym księżniczki, pociągnęła w kierunku kanapy. Usiedliśmy, Arbelina na boku, wcześniej zrzucając pantofle, przodem do mnie z podkulonymi nogami. Panowała cisza, podczas gdy ja nie mogłem nasycić się pięknem widoku – dziewczyny w złotej koronie z diamentami. W pewnym momencie delikatny uśmiech na jej twarzy zastąpił przestrach.
    
    – Och! Przepraszam! – spłoszyła się. – Mama mówiła mi, że gościa zawsze trzeba na początku czymś poczęstować. W pałacu mieliśmy służbę, a tu muszę sama, to mi się zapomniało. – Zawstydziła się. – Może jesteś głodny? Mogę zrobić kanapki.
    
    – Nie, nie trzeba.
    
    – Potrafię. Robię całkiem smaczne – zapewniła.
    
    – Na pewno, ale nie ...
    ... jestem głodny. – Cały czas uśmiechałem się, słuchając jej słów.
    
    – To może czegoś się napijesz?
    
    – A co masz?
    
    – Lemoniadę, colę, sok wiśniowo-jabłkowy, wodę gazowaną i niegazowaną, mleko, owocówkę… A nie, oranżadę. Owocówka to co innego. – Dyskretnie się zaśmiała, kończąc wyliczankę.
    
    – Może być lemoniada.
    
    – Świetnie – ucieszyła się.
    
    Kilka minut później przyniosła na złotej tacy, a przynajmniej wyglądającej na złotą, dwie wysokie szklanki z napojem, w każdej szklance dwa plasterki cytryny i słomka do popijania. Szklanki były oszronione, więc widać było, że napój jest zimny. Całość postawiła na stoliku przede mną.
    
    – Sama zrobiłam – pochwaliła się. – Mama mówi, że powinnam się jeszcze nauczyć gotować, bo tu nie ma służby i wszyscy są sobie równi, ale ja na razie jestem dumna z tego, że udało mi się zrobić lemoniadę. Trochę dziwne, że tak wszyscy są sobie równi, prawda? – dodała, siadając obok mnie, jak poprzednio, z podkulonymi nogami.
    
    Zdziwiłabyś się, jakbyś się dowiedziała, jak to naprawdę jest z tą równością i służbą, pomyślałem. Głośno jednak powiedziałem wymijająco:
    
    – Czy ja wiem…
    
    Patrzyliśmy na siebie, a ja odniosłem wrażenie, że na coś oczekuje. Dopiero po chwili olśniło mnie. Sięgnąłem po szklankę.
    
    – Proszę. – Podałem Arbelinie napój.
    
    – Dziękuję. – Z nienaganną manierą odebrała szklankę. Wówczas sięgnąłem po swoją.
    
    Popijając przez słomkę, rozmawialiśmy dłuższy czas, głównie na tematy szkolne, bo przecież to nas najbardziej łączyło. Od ...
«1234...15»