-
Rozkoszna sadzonka
Data: 01.06.2021, Kategorie: cierpienie, kwiat, blondyna, decyzja, złamane serce, Autor: _Dom_
... będzie miała zapach jej ud, piersi, włosów. Wszystkie finezyjne krzywizny niekończących się spiral poręczy, już zawsze będą naśladować kształt jej bioder. Nieodgadniony teatr zjawiskowych skojarzeń trwał, utrudniając dokończenie bezpretensjonalnej, osobistej stypy. Schodząc po schodach, niczym szary cień, sunąc w gęstym powietrzu poranka, nieopatrznie potrąciłem kobietę. Obróciła się patrząc z troską na obiekt kolizji, którym bez dwóch zdań byłem. - Przepraszam – wyrwało się z jej ust, kiedy patrzyła na moją zgaszoną postać. Spojrzałem bez emocji, szukając w myślach jakiegokolwiek powodu, by udzielić odpowiedzi. - Ależ proszę wybaczyć – odpowiedziałem kurtuazyjnie, mając jednocześnie w dupie cały świat, a tym bardziej bliżej nie określony incydent z nieznajomą. - Ostatnio chodzę nieco nieobecny. Naprawdę proszę wybaczyć – dokończyłem lekko ją spławiając. Spojrzałem raz jeszcze. Szczupłe ramiona obejmowały donicę, wielkości głowy murzyna z bujnym afro. Jednak ostateczny wygląd, przypominał urnę z usychającą rośliną o milionie krętych łodyg. Szary płaszcz, dawał schronienie wysportowanej sylwetce, tym samym genialnie kontrastując jej jasne blond włosy. Cała Ona, nie wiadomo jakim cudem, nie upuściła ginącego okazu. - Bo widzi pan – nie dawała za wygraną – muszę uratować ten rzadki egzotyk – tu rzuciła wymowne spojrzenie w kierunku zniszczonych starością łodyg. – tylko nie uśmiecha mi się paradować z tym nieco przyciężkawym ambarasem na drugi koniec miasta… - ...
... zawiesiła głos. - No tak, tak rozumiem – wtrąciłem szybko wciąż patrząc na przeciągające się, żałosne przedstawienie. Już sam nie wiedziałem kto tu jest bardziej potrzebujący pomocy: ja – z pogruchotanym sercem, czy może blondyna z kawałkiem zdechłej gałęzi pod pachą. - Więc skoro już pan się tak niespodziewanie zjawił – tu chrząknęła znacząco – to może w ramach rewanżu pomoże mi pan przeszczepić gałązki i wywalić ziemię z donicy? - popatrzyła wzrokiem tak cudownym jak i bezczelnym zarazem. Tym mnie kupiła. Z początku niechętny, zostałem przekabacony blaskiem jej aksamitnych tęczówek, zgrabnie tańczących w czarnej, gęstej przestrzeni dziewiczego spojrzenia. - No dobrze – powiedziałem, ukradkiem zapisując widok jej oczu w pamięci. Z tamtego dnia, pamiętam jej ciepły uśmiech, aksamitny dotyk dłoni, który badałem przypadkiem, dziarsko pomagając w transplantacji zielonych egzemplarzy, zdrowych gałązek. Wzajemne spojrzenia, ukradkiem rzucane co jakiś czas, tak aby nie zostać przyłapanym - niczym uczniak na klasówce. Zapach słońca i złociste odrobinki kurzu unoszące się w okół nas. Pamiętam również czarną ziemię, która wypełniała foliowy worek. Pocięte na kawałki resztki zdechłej rośliny i ogólny nieład, który w niczym nie przeszkadzał. Widywaliśmy się jeszcze kilka razy. Zawsze niby przypadkiem, mijając się w wąskiej klatce schodowej, zamieniając przelotne spojrzenia i drżenie oddechu tuż przy pożegnaniu. Drewniane schody trzeszczały radośnie, niosąc wyczekiwany ...