1. Deep Space Love


    Data: 30.06.2021, Kategorie: starcraft, aliens, obcy, zniewolenie, science-fiction, Autor: Ravenheart

    Miotany wstrząsami i ryczący niestabilnym ogniem wylotowym ze sfatygowanych silników, prom Quantradyne ciężko zawisł nad betonowym placem.
    
    – In the pipe, five by five – usłyszeli w słuchawkach melodyjny głos Ferro. – Jesteśmy na miejscu. Dziękujemy państwu za miłą podróż z UED Ferro Airlines.
    
    Jack Ryan podniósł się z miejsca, z trudem utrzymując równowagę na chybotliwej podłodze. Płyty pancerza bojowego AriakeTech zazgrzytały niemiłosiernie, gdy serwomotory przesuwały je na właściwe pozycje. Pieprzone prywatne korporacje – zawsze dostarczały sprzętu, który był drogi, niewygodny i zawodny.
    
    – No, dziewczynki, kto ma ochotę na krótki spacerek dla rozruszania kości?
    
    – Skoro już jesteśmy przy temacie, szefie... – Usłyszał głos Wierzbowskiego – To czy tam, na dole, będą jakieś dziewczynki?
    
    – Przestań marzyć. Nie za to bierzesz pieprzony żołd. Uwaga, przygotować się do desantowania… na mój znak… Pięć, cztery…
    
    – Ekspresową windą prosto do piekła… – mruknął ktoś.
    
    – … jeden…
    
    Desantowe drzwi w podłodze rozsunęły się z przeraźliwym zgrzytem. Do wnętrza promu wdarło się lodowate powietrze Fioriny. Kryształy lodu zawirowały w ciasnym pomieszczeniu. Zielone światło rozbłysło u sufitu rzucając upiorne cienie na twarze marines.
    
    – TERAZ!!!
    
    Podrywali się z siedzeń jeden pod drugim, w kolejności przećwiczonej podczas dziesiątków podobnych misji. Poruszali się sprawnie, jak automaty. Jak znajdujące się na szczycie ewolucyjnej drabiny drapieżniki.
    
    Zasady taktyczne ...
    ... były dokładnie wypalone w ich genetycznym kodzie. Bez najmniejszej zwłoki, bez chwili zawahania, marines rzucali się w mroźną czeluść luku desantowego, która czarną wyrwą ziała w stalowym pokładzie promu. Gdy tylko ich stopy dotykały powierzchni planety, błyskawicznie zajmowali odpowiednie pozycje. Byli jak dobrze zgrany zespół, jak członki tego samego ciała – osłaniając się, ubezpieczając, minimalizując ryzyko. To była ich praca. Praca, którą nauczyli się wykonywać perfekcyjnie. Ci, którzy uczyli się zbyt wolno – nie mieli szans na powtarzanie lekcji.
    
    W sekundę po tym, jak ostatni z nich opuścił pokład promu, Ferro rozpoczęła powrót. Wyjący silnikami prom uniósł się w niespokojne, czarne niebo Fioriny LV–425. Przez chwilę widzieli go jako niewielki, błękitny punkt, po czym kłębiące się niskie, mroczne chmury zabrały go im sprzed oczu. Zupełnie, jakby nigdy nie istniał.
    
    Miejsce zrzutu było doskonale wybrane. Do bazy pozostawało zaledwie kilkaset metrów. Zbliżyli się do niej ostrożnie, nie zaniedbując przeczesywania okolicy wykrywaczami ruchu. Ich pikanie było jednak miarowe i spokojne. Wokoło panował zupełny spokój. Mimo to Drake, ich opancerzony operator egzoszkieletowego miotacza płomieni lufą swojej broni zataczał groźne, półkoliste ruchy. Żaden z marines nie był ułomkiem, ale czerwony kształt bojowego Firebata górował nad nimi o dobre pół metra. Potężne serwomechanizmy pracowały ciężko, poruszając wielkim pancerzem. Gdzieś w środku, skryty za kilkunastocentymetrowym ...
«1234...17»