-
Świąteczny prezent
Data: 14.08.2021, Kategorie: podróż, chata, zima, namiętność, tajemnica, Autor: _Dom_
... cudownie pachnące, rude włosy. Przysunąłem mocniej do siebie, na tyle, aby wyraźnie zarysowanymi mięśniami brzucha, docisnąć się w okolicę jej pępka. Chwyciłem jędrny, zmysłowy pośladek i przytuliłem lekko, delikatnie rozchylając kolanem jej nogi. Oplotła mnie swoim ciepłem radośnie mrucząc. - No wejdź wreszcie, ty przebrzydły draniu… – wciąż prosiła, wiercąc się nieznośnie cipką i dotykając nabrzmiałego z podniecenia kutasa. - No nie wiem… - droczyłem się z niebywałą przyjemnością – no nie wiem, czy jest już na tyle gotowy… - przeciągałem upragnioną nagrodę. - No to czekaj, zaraz ci go dopieszczę! – rzuciła w moim kierunku, mrużąc zawadiacko oczy. No rozkoszna istotka. Kochałem ją w głębi duszy nad życie. Uwielbiałem się z nią tak droczyć, skrycie pragnąc, by jak najszybciej, oplotła mnie swoim wilgotnym, pulsującym, gościnnym łonem. Zawsze ją tak wkurzałem, a ona zawsze ofiarowała mi ustami, tę cholernie dobrą pieszczotę. Kochałem ją za to nad życie. Widziałem jak klęka nad moim fiutem i poprawiając rozczochrane w nieładzie włosy przykłada usta do mojego nabrzmiałego z podniecenia przyjaciela. Bada języczkiem bordowy kapelusz. Jeszcze tylko jedno nieznośne spojrzenie, rzucone zalotnie w moim kierunku, by już za moment schować fiuta w zachłanną przestrzeń cudownych, gorących ust. Głaskałem jej włosy, gdy regularnie i ochoczo pieprzyła mnie wargami. Czułem kiedy wywijała ósemki języczkiem na moim wrażliwym przyrodzeniu, a dłońmi masowała jądra. Namiętnie, ...
... nieprzyzwoicie, wręcz rozkosznie genialnie. Przemierzałem skrawek opuszczonej leśnej drogi. Śnieg nie przestawał padać, zaś mroźny powiew lodowatego wiatru bezpretensjonalnie smagał w twarz. Ze wszystkich stron otaczała mnie trzaskająca biel. Pociągający, wilczy skowyt czasami dawał znać, że nie jestem sam, w tym zapomnianym przez ludzi, zakątku świata. Kroczyłem przed siebie, od paru godzin brodząc po pachy w bezdennych zaspach śniegu. Zimno oblepiało mi skronie, brodę i wlewało się we wszystkie zakamarki twarzy, dewastując ciepło i wbijając głęboko, lodowate szpile. Byłem zmęczony ciągłą wędrówką, jednak wiedziałem, że stara, skryta pod śniegiem chata jest jedynym schronieniem o tej porze roku. Drogę do niej odkryłem przez przypadek, wsłuchując się w stare podania zasłyszane podczas rozmów z napotkanymi niegdyś podróżnymi handlarzami. Wspominali o chacie, oczekującej na wędrowców. Była jak bezpieczna przystań w środku srogiej zimy. Jednak nie wszyscy powracali z gościnnej miejscówki. Wieść niosła, że podróżni szukający schronienia, odnajdywali tam tajemnice, skrywane na dnie ich własnych dusz. Dlatego też szubrawcy i oszuści, których dusze więziły mroczne przestrzenie przepastnych intencji, nigdy stamtąd nie wracali, ginąc w nieprzeniknionych mrokach starego domu. Wszyscy, co do jednego, otwierając chatę i przestępując próg budzili do życia własne, ukryte pragnienia. Kiedy drzwi z hukiem zamykały się, wpadali w objęcia ciemnych, gęstych jak smoła, myśli tlących się w ich ...