-
Kolonia Kamili (XIX) (czy coś w…
Data: 01.11.2021, Kategorie: niespodzianka, kolonia, Autor: FalangaJONSON
To o czym teraz opowiem zdarzyło się, gdy pracowałam jako wychowawczyni na kolonii letniej. Zaczynałam właśnie studia pedagogiczne, okazję letniej pracy z młodzieżą przyjęłam z entuzjazmem. W te kolonie wkręcił mnie Daniel, który studiował razem ze mną, znaliśmy się od ogólniaka. Byliśmy razem od paru lat. Myśleliśmy już zupełnie poważnie o życiu razem. Żadne z nas nie wypowiedziało jeszcze trywialnego słowa „ślub”, ale tak naprawdę, ja przynajmniej, myślałam o tym coraz częściej. Kolonie zabierały nam lipiec i sierpień, ale zdobywaliśmy w ten sposób sporo „punktów” i doświadczenia. Z naszego roku było nas tam czworo, plus trzech wykładowców z Hubertem włącznie. Hubert był guru uczelni. Oczywiście etatowy kierownik koloni. Przypodobać się jemu, równało się z lżejszym życiem na roku. Facet był trochę nawiedzony. Prawdziwy harcerz aktywista, ale wypaść korzystnie w jego oczach liczyło się bardzo. Młodzież trafiała się różna. Kolonie zakładowe przeważnie. Jeśli nie działo się nic poważnego, można było nawet wypocząć. Z dzieciakami nawiązywały się prawdziwie przyjacielskie stosunki. Sama jako małolata nigdy nie jeździłam na kolonie, postrzegałam je jako letnie zgrupowania szkolne, wyobrażałam sobie rygor, apele, stołówki z obrzydliwym jedzeniem i tem podobne. Teraz dopiero, z perspektywy wychowawczyni, miałam okazję przekonać się, że wcale nie było tak źle. Dużo zależało od miejsca i organizacji i bardzo dużo od wychowawców właśnie. Dyscyplina była niezbędna. ...
... Przestrzeganie godzin na posiłki, wypoczynek, czas wolny, zabawa zorganizowana, wycieczki. Cisza nocna, podział noclegowni. Wszystko to istniało i było ściśle egzekwowane, ale tak by dzieciaki nie czuły się jak w obozach karnych. Zawsze zdarzali się jacyś wywrotowcy, których przyłapywało się w domkach lub namiotach dziewcząt, niektórzy wpadali na paleniu papierosów, piciu, a nawet kradzieżach. Były awantury i łzy. Wszystko to tworzyło klimat kolonii i myślę, że po latach, te rzeczy właśnie wspomina się najczęściej. Zawiązywały się przyjaźnie i kolonijne miłości. Trwały zazwyczaj kilka tygodni, potem parę listów i na tym się kończyło. Pozostawały wspaniałe wspomnienia. W tamtych czasach nie istniał jeszcze internet, ani telefony komórkowe. To była moja trzecia kolonia. Przepiękna lokacja nad jeziorem, domki wczasowe, sprzęt żeglarski, boiska, urocze miasteczko pięć kilometrów od ośrodka. Pogoda dopisywała i wszystko szło bardzo sprawnie. Nikt nie sprawiał większych problemów, naszym oczkiem w głowie były kąpieliska i ewentualne samowolne wypady nad jezioro. Mi przydzielono jedenastoosobową grupę chłopców w wieku dziesięć-trzynaście. Spokojne dzieciaki. Ważną sztuczką, czy jak kto woli, strategicznym posunięciem dydaktyczno-taktycznym, było wyznaczenie lub raczej identyfikacja lidera grupy i utrzymanie z nim dobrych stosunków. To było połową sukcesu, może nawet więcej niż połową. Przywódca grupy wyznaczał się niemal automatycznie, był nim zazwyczaj najstarszy dzieciak, ...