-
MiniaTurka, czyli tam, gdzie rozkwitają jaśminy (wersja 2020)
Data: 14.11.2021, Autor: AgnessaNovvak
*** Nieubłaganie poddaję się wzbierającej namiętności, brnąc ku ostatecznej granicy. Nie ma dla mnie odwrotu. Ani litości. Dłonią rozchylam ud krągłości, wnikam odważnie pomiędzy nie. Pląsam palcami po parkiecie intymności. Tak chcę! Pulsująca pożądaniem, rozpalona i śliska, cała drżę. Doprowadzona pod krawędź szaleństwa, balansuję niebezpiecznie. Nie poddam się. Już nie! Najlżejszy dotyk odbieram niczym ostre smagnięcie biczem. Z pasji i namiętności splecionym, w ekstatycznej rękojeści złączonym. Rozchlapując dokoła gęstniejące pragnienie. Podnietę. Uniesienie. Nadchodzi spełnienie. Satysfakcja. Szczytowanie! Nieubłaganie. *** Przysiadam wygodnie na fotelu, skrytym dyskretnie w półmroku. Zapadam się głęboko w miękkie, pikowane siedzisko, wciąż za bardzo nie rozumiejąc, co właściwie tutaj robię? Niby sprawa jest prosta jak budowa cepa – zaproszono mnie. I choć wiem doskonale, że po zakończeniu turnusu już nigdy nie spotkam nikogo z obecnych towarzyszy, niezręcznie było mi odmówić. I tak moje przedwczesne wyjście z wieczorku zapoznawczego pod tytułem „zaczekaj jeszcze godzinkę, a najlepiej do rana, dopiero się rozkręcamy" spotkało się z raczej chłodnymi, momentami wręcz otwarcie niechętnymi reakcjami. Zwłaszcza co bardziej imprezowych osobników – płci obojga – którzy najwidoczniej liczyli w duchu na jakąś wakacyjną przygodę. Niedoczekanie... Być może obyci w szerokim świecie uznają to za ...
... przesadę, lecz skąpana w fantazyjnym, nieco baśniowym pięknie Turcja po prostu mnie zachwyca. Niestety, muszę także otwarcie przyznać, że i męczy – z nieba leje się iście piekielny żar, a ja mam już jawnie dość nieustannej bieganiny. Bo pójdziemy jeszcze tu, pojedziemy tam, zobaczymy więcej... Teoretycznie takie są właśnie „uroki" wakacyjnych wycieczek, niemniej stężenie atrakcji na jednostkę czasu coraz wyraźniej wykracza poza mój próg tolerancji. Szkoda tylko, że najwidoczniej jedynie mnie przeszkadza ta szaleńcza gonitwa, bo wszyscy pozostali lecą na złamanie karku. W ciągu dnia licytują się, kto nastuka więcej fotek i szybciej wrzuci je na fejsa czy innego insta, a wieczorem przepychają w kolejkach do baru, na basen i za czymkolwiek, co tylko podchodzi pod „all inclusive". Bez większego zainteresowania obserwuję salę, której centralny punkt stanowi niewysokie podium, wyłożone mocno wyślizganym parkietem. Porozstawiany na jego brzegach zespół zaczyna powoli budować nastrój. Melodia jest żywiołowa, chciałoby się nawet powiedzieć, że skoczna. Jednocześnie nietypowe, nieco jazgotliwe brzmienie instrumentów, egzotyczne skale i wybitnie synkopowane podziały rytmiczne powodują, że nienawykłe podobnych kompozycji europejskie ucho nie znajduje punktu zaczepienia – niby chcesz, ale ani nie dajesz rady zanucić, ani nóżką tupnąć. Niemniej efekt zostaje osiągnięty i kolejni widzowie, zamiast skupiać się na zamawianiu drinków czy bezmyślnym przesuwaniu palcami po ekranach telefonów, ...