-
W poszukiwaniu nowej ziemi
Data: 01.03.2022, Kategorie: prehistoria, nieznajomy, natura, zwierzęta, Autor: Tamara
... wilków! Szybko sprawdzam kierunek wiatru. Czują mnie! Wiedzą, że tu jestem i chcą mnie dopaść! Zrywam się do najszybszego biegu, jaki dała mi matka ziemia. Biegnę w stronę drzewa. To jedyny ratunek przed rozszarpaniem i jedyne schronienie w zasięgu wzroku. Niestety, biegnę też w stronę wilków. Są po przeciwnej stronie drzewa. Ujadanie narasta z każdą chwilą. Jeszcze ich nie widzę, co znaczy, że one też mnie nie zauważyły, ale czują mnie. Drzewo jest coraz bliżej! Widzę jego masywny pień! Jego szerokie ramiona gałęzi! Jest idealne na ucieczkę przed wilkami! Ujadanie zbliża się! A ja już wiem, że zdążę, że mam czas by wspiąć się wysoko! Jestem już tuż tuż, gdy coś czarnego mignęło mi po drugiej stronie drzewa. Wyłoniło się tylko na chwilę i zaraz skryło się za szerokim pniem. To nie mógł być wilk! Był zbyt wysoki! Więc co to mogło być? Dopadam do drzewa i nie myśląc już o istocie po drugiej stronie, wspinam się na pierwszą gałąź. Wilki są blisko! Słyszę jak kłapią szczękami i... coś mnie szarpnęło za futro! Wyrwałem się! Coś cicho pisnęło! Wydało odgłos człowieka! Spoglądam w dół i widzę chłopca! Podskakuje z wyciągniętymi rękami, a spod czarnych, gęstych włosów wyzierają na mnie oczy śmiertelnie przerażonego człowieka. Podaję mu dłoń i szybko wciągam na drzewo. W ostatniej chwili. Wataha już otoczyła drzewo i poczęła wdrapywać się na górę. Bezskutecznie. Nie wejdą tu. Jestem tego pewny. – Jesteśmy bezpieczni – powiedziałem do młodzieńca, który przywarł do mnie ...
... całym ciałem i mocno wbił palce w moje ramiona. – Nic ci już nie grozi. Możesz mnie puścić. Jest taki spłoszony, że chyba mnie nie słyszy. Przytrzymuję go mocno za ramię i spokojnie powtarzam. – Nic ci nie będzie. Jesteś bezpieczny. Słyszysz? Usłyszał. Spojrzał mi w oczy i spuścił szybko wzrok. Odsunął się gwałtownie, otulił dokładnie swoje ciało dziwnymi skórami i przywarł do drzewa po przeciwnej stronie. – Nie bój się mnie – uśmiecham się serdecznie do niego, ale on już skrył się cały za drzewem. Rozejrzałem się po okolicy szukając oznak bliskości ludzkiej osady. Ten chłopiec z pewnością przybył z niezbyt odległej wioski. Słońce już jest nisko, ale jeszcze sięgam wzrokiem skraju pustaci. Nie ma tam nic. Wokół nas jest tylko wysuszona trawa. Ciągnie się po granicę ziemi i nieba. Dookoła pustka. Zdejmuję z pleców łuk i kołczan ze strzałami. Wyciągam jedną z nich i nakładam na cięciwę. Napinam łuk i dokładnie celuję w jednego z napastników. Chwila skupienia, krótki głośny skowyt i jednego mniej. Wilki rozpierzchły się w różne strony, ale nie uciekły daleko. Zatrzymały się w sporej odległości i tam zaczęły krążyć. To zapewne nie jest ich pierwszy raz. Mój też nie. Chłopięca twarz wychyliła się zza pnia. Oczy barwy nieba spojrzały na mnie. Usta uchyliły się, pokazując białe ząbki. Uśmiechnął się. To dobrze. Potrzebna mu moja pomoc. Chyba to zrozumiał. Odwiązuję z biodra bukłak z wodą i podaje mu. – Masz, napij się. – Nie ruszył się z miejsca. Spojrzał na mnie ...