-
Sagi rodów Altory - Młody król…
Data: 02.03.2022, Kategorie: saga, średniowiecze, władcy, służące, różne, Autor: CichyPisarz
... potrzebuje? - dygnęła zadowolona z posiadanego kunsztu i wypełnienia misji Mari. I tak pozwalała sobie na o wiele za dużo, choć spowiednik bardziej usprawiedliwiał właśnie taką formę uciech, niż cudzołóstwo, którego czasem musiała się dopuścić z Arlikiem. - Nie. Możesz się oddalić - westchnęła rozanielona pani, leżąc teraz naga na brzuchu z szeroko rozwartymi nogami i wtulając twarz w atłasową poduszkę. - Tylko mi go umyj! - napomknęła, spoglądając na trzymany przez służącą członek. - Tak jaśnie pani. Jak zawsze. Już lecę. - potwierdziła Mari i lekkim szybkim krokiem opuściła komnatę. - Eryku! Jak ja za tobą tęsknię! - wydyszała w poduszkę Brunhilda, wspominając dawne upojne noce z ukochanym, czule gładząc muszelkę i gęste futerko wzgórka łonowego, w którym zmarły mąż uwielbiał czasem brodzić nosem i wdychać jej kobiecy zapach. Upodobała sobie bardzo tę pieszczotę, niestety od lat jej nie doświadczała. Mari czuła się jak księżna. Przynajmniej przez chwilę tak sobie to tłumaczyła, że jest panią. Stała przy misie z wodą, ale zamiast wypełniać polecenie władczyni, czuła w sobie dającą niebywałą rozkosz maczugę. Już w drodze do tej komnaty, już na korytarzu, wetknęła w siebie tego wyrafinowanego "kochanka", który przed chwilą penetrował jej dumną i rozochoconą panią. Teraz rozpychał jej norkę jak trzeba, czuła przyjemność przy każdym stawianym kroku. Była tak podniecona zaspokajaniem potrzeb władczyni, że obiekt wszedł w nią jak nóż w ciepłe masło, a koniec fallusa ...
... musiała podtrzymywać ręką, by ściskające go mięśnie pochwy go nie wypchnęły. Po kilku minutach regularnych ruchów ręki - wsuwania i wysuwania "kochanka" - jej nogi drgnęły, coś szarpnęło biodrami, a na twarzy zagościł błogi frywolny uśmiech, jaki zwykłej śmiertelniczce był na zamku zakazany, bo nazbyt śmiały. Mi też się coś należy! Czego oczy nie widzą… - pomyślała o nieuprawnionym skorzystaniu ze sprzętu godnego tylko waginy księżnej. Usprawiedliwiła się przed sobą, pieczołowicie zmywając kobiecy śluz z niezmiennie twardej maczugi i mrucząc prostą wesołą melodię jakiejś karczemnej sprośnej i wpadającej w ucho przyśpiewki: Mari płukała okaz zimną wodą, wytarła lnianą ścierką, a po chwili dla pewności jeszcze w swoją koszulę. Wciąż podśmiewała się z gorszących tekstów. Weszła do komnaty pani po cichu jak myszka i położyła przedmiot pod drugą poduszkę, obok tej, do której przytulała twarz okryta kolorową plecioną narzutą śpiąca księżna. Ot bogobojna białogłowa - zachichotała, patrząc na wystającą spod narzuty goły tyłek pani. Tyle że jej mąż to na wieczne łowy się wybrał - stonowała, współczując księżnej. Królowa Hildegarda, w tym wypadku, nie miała wpływu na męża. Najmniejszego. Sojusze, polityka, wojsko - te obszary podlegały tylko i wyłącznie głowie państwa. Zresztą król Gottfried miał ostatnie zdanie we wszystkim. Nawet czasem wtrącał się w domeny żony i decydował o tym, kogo na służbę do zamku przyjąć, a kogo wyrzucić. A wszystko zależało od humoru władcy. Tym ...