1. Mickey Finn


    Data: 05.04.2022, Kategorie: samotność, narkotyki, seksualność, Autor: entalia

    ... zakłopotany głos. Nie rozmawiamy o pieniądzach, tylko o mieście, spacerze i wspólnie spędzonym czasie.
    
    Na spotkanie przychodzę jak na randkę – trochę spóźniona i ubrana jak co dzień w dżinsy, ulubioną bluzkę i wygodne buty. Nie od razu mnie poznajesz. Ja natomiast już od początku wiem, że ten niepewny facet, który rozgląda się gorączkowo, żeby nie przepuścić okazji, to ty. Stoisz zażenowany, niepozorny, badasz wszystkich przechodzących uważnym spojrzeniem. Nawet na mnie spoglądasz, ale nie rozpoznajesz. To przecież nie mogę być ja – za zwykła jestem, za szczęśliwa. Kogo szukasz? Na kogo czekasz? Przecież sam nie wiesz. W końcu się lituję, podchodzę i wszystko staje się proste. Nawet przyspieszony kurs poznawania, który musimy przejść w trybie błyskawicznym.
    
    Chwytam cię więc za rękę i ciągnę przez miasto, przez rynek, przez park. Coś tam mówię, coś pokazuję, śmiejemy się i jest łatwiej. Robi się późno, więc ciągnę cię do domu. Wchodzimy po schodach, snując się ze śmiechu. Humor nas nie opuszcza, robisz się odważny i silny, podnosisz mnie, wnosisz przez próg, jakbyśmy wzięli przed chwilą ślub. Rzucasz na łóżko, ja zrywam się z niego i czas się zatrzymuje. Patrzymy sobie w oczy w milczeniu jak posągi, trwamy w ostatnich chwilach trzeźwości. Czy zdążyłeś się już zakochać? Ja nie potrafię. Choćbym bardzo chciała. Umiem za to udawać, potrafię udawać znakomicie, zobaczysz, nawet się nie zorientujesz. Uwierzysz w każdą sekundę, uwierzysz na zawsze.
    
    Wyciągam z kredensu ...
    ... whisky i flakonik z zielonego szkła. Dodaję kilka kropel do swojego kieliszka. Jutro nie będę niczego pamiętała i tak będzie lepiej. Opieram głowę o poduszkę, cisza szumi w uszach jednostajnością. Twoja obecność tutaj staje się faktem, za chwilę będziesz należał do tego miejsca bardziej niż ja sama. Patrzę w twoje oczy, patrzę z bardzo bliska, wydają się czarne, bez wyrazu i bez kształtu. Ciemność wylewa się z nich i ścieka po schodach, wypełnia park i rynek, toną w niej kamienice, toną mosty, ja też tonę. Zrywają się jaskółki i krążą nisko tuż nad głowami. Pochylasz się nade mną.
    
    * * *
    
    Światło, ciepło i dookoła pasmo górskie albo ocean wzburzonych bałwanów, a wszystko z kołdry i poduszek. Pokój skąpany w strumieniach porannego słońca, przeciekającego przez stalowe, w pośpiechu zaciągnięte żaluzje. Pośrodku leżę ja – sponiewierana, ciśnięta w miękką paszczę pościeli, przeżuta, strawiona i przerażona tym, że wciąż niczego do ciebie nie czuję.
    
    – Chodź tu… – mruczysz.
    
    Ale jesteś zbyt blisko. Boję się, że będę cię pamiętać, nie mam jednak siły, by zaprzeczyć, o odepchnięciu cię nie ma mowy. Ten język byś zrozumiał, ale nie ma szans na jakikolwiek ruch – jeszcze za wcześnie, jeszcze tonę w oparach sennych. Płynę we mgle zapomnienia. Po omacku przypominam sobie ciebie. W świecie zamkniętych powiek jesteś wielki, nabrzmiały. Płynie w tobie dymiąca krew, pulsują żyły zupą życia. Mięśnie masz twarde, wiązania napięte. Jesteś nasycony żądzą jak dziki kot przed morderczym ...
«1234...»