1. MiniaTurka, czyli tam, gdzie rozkwitają jaśminy


    Data: 16.11.2022, Kategorie: delikatnie, masaż, nieśmiałość, wakacje, soft, Autor: Agnessa Novvak

    Siedzę na szerokim, wygodnym fotelu, skrytym w półmroku. Nie mam właściwie pojęcia, po co mnie zaprosili. Chyba tylko dlatego, że jestem razem z nimi w grupie wycieczkowej i uznali, że… Tak wypada? A i mnie trochę niezręcznie było odmówić. Fakt, to tylko nieco ponad tygodniowy urlop i wiem doskonale, że po zakończeniu turnusu już nigdy się nie spotkamy. Ale mimo wszystko są jakieś granice bycia jednostką antyspołeczną. Nawet dla mnie. I tak już moje wcześniejsze wyjście z wieczorku „zaczekaj jeszcze godzinkę, a najlepiej do rana, dopiero się rozkręcamy” zapoznawczego, spotkało się z raczej chłodnymi reakcjami.
    
    Tak, przyznaję – Turcja mnie zachwyca. Ale też i męczy. Nawet gdyby przez chwilę zapomnieć o wszechogarniającym, dobijającym upale, to mam po prostu już dosyć ciągłej bieganiny. Bo pójdziemy jeszcze tu, bo pojedziemy jeszcze tam, bo zobaczymy więcej. Wincyj! Niby takie są właśnie „uroki” wakacyjnych wycieczek, ale i tak stężenie atrakcji na jednostkę czasu zaczyna przekraczać mój próg tolerancji. Niestety, najwidoczniej tylko mnie to przeszkadza. Reszta leci jak na złamanie karku, licytując się kto zrobi więcej zdjęć i szybciej wrzuci je na fejsa, czy innego insta. A potem każdego wieczoru stojąc w kolejkach do baru, na basen i generalnie za wszystkim, co tylko podchodzi pod „all inclusive”.
    
    Bez większego zainteresowania obserwuję salę. Jej centralny punkt stanowi owalne, niewysokie podium, wyłożone ciemnym, wyślizganym parkietem. Kilkuosobowy zespół, porozsiadany ...
    ... na jego brzegach, zaczyna powoli budować nastrój. Melodia jest żywiołowa, chciałoby się nawet powiedzieć, że skoczna. Ale nietypowe brzmienie instrumentów, egzotyczne skale i wybitnie synkopowane podziały rytmiczne powodują, że nienawykłe do takiego typu kompozycji europejskie ucho nie znajduje za bardzo punktu zaczepienia. Ani zanucić, ani nóżką tupnąć. Niemniej efekt zostaje osiągnięty – widownia odkłada swoje dotychczasowe zajęcia (o ile zamawianie kolejnych drinków i przeglądanie telefonów można nazwać zajęciem) i kieruje wzrok ku estradzie. Ja zresztą też.
    
    Na scenie pojawia się artystka, skąpana w ciepłym, punktowym świetle reflektorów. Bosa, odziana w strój z półprzezroczystego, różowego muślinu, spływającego wielowarstwowymi falami z ramion, biustu i bioder. Szczodrze obsypane złotymi błyskotkami nadgarstki, kostki, a przede wszystkim dekolt, mienią się jaskrawo. Twarz kobiety otacza zwiewna woalka, przypięta do wysadzanej cekinami, niewielkiej czapeczki, spod której spływają długie, kręcone włosy. Stopniowo rozgrzewa publikę, otwarcie kokietując osoby siedzące przy najbliższych stolikach.
    
    Po niedługim czasie róż pierwszej tancerki zaczyna mieszać się z głęboką purpurą drugiej, a potem i szmaragdową zielenią trzeciej. Trio wiruje wespół w rytm muzyki, niczym zaklęte w magiczny, ludzki tourbillon. Coraz szybciej i szybciej, migocząc ostrymi barwami strojów i wszechobecnym złotem. Wraz z narastającym tempem, trzy kobiety coraz odważniej podkreślają swoje i tak już ...
«1234...7»