1. MiniaTurka, czyli tam, gdzie rozkwitają jaśminy


    Data: 16.11.2022, Kategorie: delikatnie, masaż, nieśmiałość, wakacje, soft, Autor: Agnessa Novvak

    ... mocno wyeksponowane wdzięki, zrzucając z siebie kolejne warstwy ubioru. W końcu pozostają tylko w cienkich przepaskach biodrowych, i jeszcze bardziej skąpych biustonoszach. Czy raczej czymś, co ma te biustonosze udawać. Już wcześniej było widać aż nadto wyraźnie, że wszystkie zdecydowanie mają czym potrząsać. No więc trzęsą. Jakby nie patrzeć, to taniec brzucha. Ucha chucha, świtezianka. Teraz czekam tylko, aż walory którejś z nich wyskoczą wreszcie spod skąpych pozostałości stroju. Niestety – a może i na szczęście, bo sądząc po minach widzów, zdania są raczej podzielone – nic takiego nie następuje.
    
    Nie mam pojęcia, na ile jest to „hołdowanie wielowiekowej tradycji”, a na ile przedstawienie skrojone typowo pod zachodniego turystę. I to takiego spragnionego mocno rozbieranych rozrywek. Bo granica między tańcem, nawet o lekkim zabarwieniu erotycznym, a striptizem, jest tutaj wyjątkowo cienka. Chociaż przyznaję otwarcie – mnie się podobało. I to bardzo. Pytanie, czy nie za bardzo. Zaczynam się nad tym zastanawiać. W końcu jestem na wakacjach i mam zamiar się zrelaksować. W pokoju nikt na mnie nie czeka. Poza nim zresztą też nie. Może dać się ponieść nastrojowi? Raz w życiu naprawdę zaszaleć? Oczywiście muszę pamiętać o różnicach kulturowych, społecznych i w końcu religijnych, ale nie wydaje mi się, żeby tak naprawdę było się czego obawiać. W razie czego do swojego hotelu mam ledwie kilka minut drogi piechotą, a zapas gotówki spoczywa grzecznie w kieszeni. Uprzedzę tylko ...
    ... pozostałych, żeby na mnie nie czekali, a tym bardziej nie zaczęli szukać.
    
    Przysadzisty barman, obdarzony sumiastym wąsem niczym z filmu szpiegowskiego z lat siedemdziesiątych, krząta się leniwie za kontuarem. Nie zwraca większej uwagi na wydarzenia na scenie – najwyraźniej i treść, i walory tancerek są mu doskonale znane. Na szczęście już po kilku zdaniach okazuje się, że co najmniej przyzwoicie zna angielski.
    
    Żeby wkupić się w jego łaski, proszę go jako fachowca o podanie spécialité de la maison. Chociaż nie przepadam za mocnymi alkoholami, a aromat anyżu kojarzy mi się co najwyżej z zanętami dla ryb, które lata temu zagniatał mój ojciec, z grzeczności wypijam białawą zawartość szklaneczki do dna. Niemniej może to i dobrze, że było w niej aż tyle procentów, bo muszę sobie dodać trochę animuszu. Dlatego od razu zamawiam poprawkę. Pod ponownie opróżnione szkło podkładam suty napiwek. Wąsacz, wyraźnie ożywiony, nadstawia ucha. Albo jego angielszczyzna nie jest tak dobra, jak mi się wydawało, albo… Ale wyjaśniam mu jeszcze raz, o co mi chodzi, tym razem wolniej i najdokładniej jak potrafię. Idę o zakład, że nie pierwszy i nie setny raz załatwia takie rzeczy. Zazwyczaj to właśnie barmani, recepcjoniści czy taksówkarze wiedzą najwięcej o nocnych rozrywkach miasta. Nawet, jeśli niechętnie się tą wiedzą dzielą.
    
    No dobrze, może faktycznie nie wyglądam jak typowy – o ile w ogóle są tacy – amator tego typu rozrywek, ale bez przesady. W końcu, nadal spoglądając na mnie podejrzliwie, ...
«1234...7»