-
Agnieszka
Data: 15.02.2023, Kategorie: kochankowie, wspomnienia, Autor: latarnia_morska
CZERWIEC 2010 Niebo zaciągnęły ciężkie ołowiane chmury. Porywisty wiatr zginał gałęzie drzew. Zza chmur dobiegały groźne, z każdą chwilą coraz silniejsze, pomruki burzy. Włączony cicho telewizor pokazywał przejmujące obrazy zalewanych domów, śmigłowców ewakuujących mieszkańców zalanych wiosek... Woda przerwała wały pod Sandomierzem... Otworzyłem barek i sięgnąłem butelkę koniaku. Z kieliszkiem w ręku podszedłem do okna, obserwując świat zalewany strumieniami wody. Lubię deszcz... Lubię burzę... Dla większości ludzi deszczowy, ponury dzień jest smutny i przygnębiający. A mnie deszcz i burza przypominają niezwykłe chwile, utrwalone w mej pamięci na zawsze wiele lat temu. Chwile wielkiej powodzi.... Może dlatego, że ta pamięć jest tak słodka, a jednocześnie... gorzka... Słodko-gorzkie wspomnienia wróciły z falą nadciągającego deszczu... LIPIEC 1997 To była sobota. Gorąca lipcowa sobota. Palące słońce roztapiało asfalt. Słupy telefoniczne migały jeden za drugim. W oddali coraz wyraźniej rysowały się łagodne szczyty Sudetów, nad którymi zaczynały kłębić się ciemne chmury, niechybny zwiastun, jak wówczas mi się wydawało, zbliżającej się przelotnej, letniej burzy. Biedny stary czerwony Fiat Maluch wyciskał z siebie wszystkie siły, osiągając zawrotną dla niego prędkość blisko 100 km na godzinę. Pedał gazu wciśnięty był do samego końca, silnik zmuszany do nadludzkiego dla niego wysiłku wył na najwyższych obrotach, zaś wibrująca karoseria auta sprawiała wrażenie, jakby za ...
... chwilę miała rozlecieć się na kawałki. Spieszyłem się... Byłem już mocno spóźniony, wyjeżdżając z miasta, a musiałem dziś jeszcze, najpóźniej do 22, dotrzeć do Masywu Ś., do ostatniej wsi po polskiej stronie granicy, zagubionej gdzieś wysoko w górach. Musiałem dotrzeć do obozu naukowego, prowadzącego badania terenowe. Do "moich" studentów... Duma rozpierała mi pierś... Pod wieczór minąłem przełęcz B. i w blasku powoli zachodzącego słońca szybko zbliżałem się do K. Miałem przed sobą jeszcze najwyżej dwie godziny jazdy. Tymczasem pogoda zaczęła gwałtownie się pogarszać. Ciemne chmury pokryły z niezwykłą szybkością całe niebo, porywisty wiatr zginał przydrożne drzewa. Wkrótce pierwsze duże krople deszczu uderzyły w przednią szybę. Chwilę potem z nieba płynęły strumienie wody, całkowicie ograniczając widoczność. Musiałem zwolnić. Kilka minut później, bez ostrzeżenia, deszcz zamienił się w grad. Twarde kule lodowe tłukły o przednią szybę jak kamienie, zupełnie serio grożąc jej wybiciem. Gwałtowne podmuchy wichury uderzały raz z prawej, raz z lewej strony w samochód, wręcz wyszarpując kierownicę z rąk. Wycieraczki, pracujące na najszybszym biegu, całkowicie nieskutecznie próbowały uporać się z hektolitrami wody zalewającej szyby. Widoczność spadła niemal do zera. Mimo, że zbliżała się dopiero ósma wieczór, miałem wrażenie, jakbym nagle znalazł się w środku nocy. Takiej nawałnicy dawno nie widziałem. Zacząłem się poważnie niepokoić, choć oczywiście nadrabiałem miną. Miałem ...