1. „Co to to nie!” – część 61 i 62


    Data: 07.03.2023, Autor: KociHopeCoop

    by Koci & Hope
    
    Uwaga! Czytasz na własną odpowiedzialność
    
    61
    
    Lidia
    
    Jest piękna słoneczna niedziela. Robimy spontaniczną wycieczkę do zoo. Z głośnika samochodu płynie melodia znana każdemu dziecku.
    
    Pełna radości odwracam głowę w stronę tylnego siedzenia. Klara i Staś zdzierają małe gardziołka, śpiewając „kolorowe kredki”, a ich uśmiechnięte, zadowolone twarze mówią same za siebie. Oczywiście, dołączam się do dziecięcego chóru.
    
    Lewą rękę splecioną mam z dłonią mojego ukochanego, druga natomiast spoczywa na brzuszku.
    
    „Ahhh. Jakie beztroskie może być dzieciństwo!”.
    
    Jednak wystarczy ułamek sekundy, aby stracić dosłownie wszystko…
    
    Ostatnim co słyszę, jest krzyk Mariana: „Cholera!”.
    
    Następuje ciemność…
    
    Oszołomiona i z dziwnym dźwiękiem w głowie otwieram powiekę. Nie mam pojęcia, gdzie jestem oraz co się wydarzyło.
    
    Z trudnością próbuję wyjść z pojazdu. Nie potrafię sobie przypomnieć, żeby „Sejcio” był pięciodrzwiowy oraz zmienił kolor na srebrny...
    
    Lecz teraz nie jest odpowiedni moment, aby dumać nad durnym autem! MUSZĘ RATOWAĆ DZIECI!
    
    Napompowana adrenaliną targam za klamkę, żeby wydostać przestraszone skrzaty. Całe szczęście, były zapięte w fotelikach.
    
    Odpinam oboje oraz ponaglam, aby wyszły z wraka.
    
    Biorę Stasia na ręce, gdy okropny pisk opon zmieszany z hukiem powoduje, że serce przestaje bić… Widzę rozpędzony ciągnik z przewracającą się na nas cysterną. Ból podbrzusza przypomina mi, iż właśnie tracę zarówno życie, męża, jak i ...
    ... rodzinę oraz trojaczki…
    
    Budzę się z galopującym sercem. Pot spływa ciurkiem nie tylko po czole, plecach czy piersiach, ale również rowie. Kilka razy ocieram twarz, by zetrzeć koszmar z powiek.
    
    „Ależ mam urojenia!”.
    
    Nabieram głęboko powietrza, lecz charakterystyczne pulsowanie podbrzusza, które czułam podczas snu, nadal daje się we znaki.
    
    – Świetnie. Jeszcze mi cioty do szczęścia potrzeba – mamroczę pod nosem, wychodząc jednocześnie z łoża… Momencik! Przecież Maniek wczoraj wrąbał cielsko do sypialni.
    
    Spoglądam na drzwi oraz futrynę. Zero oznak włamania przez intruza. Może gołodupiec również był jakąś złudą mojej psychiki? Cholera wie! Jedno jest pewne – muszę włożyć korek do przeciekającej rury.
    
    Wyciągam świeżą bieliznę oraz wygodne ciuchy. Szybciutko biegnę do kibla.
    
    Gotowa na rozpoczęcie nowego dnia, wkraczam do salonu. Dopiero teraz do moich nozdrzy dociera unoszący się w mieszkaniu zapach… hmmm… ciężko go zidentyfikować. Z kuchni zaś dobiega odgłos smażenia, a także cichego trzaskania o patelnię. Niczym ninja, cichutko na paluszkach kieruję ciało do pichciarni. Ramieniem opieram się o framugę i podziwiam spektakl Łysego. Marian jest tak pochłonięty we własnym świecie, że nawet nie zauważa mojej obecności.
    
    – Ałaaa! Ty chuju, pankejku po zbóju! Musiałeś znowu się rozpierdolić?! Na złość mi robisz, maso mączysta?! – syczy wkurzony na siebie. – Lidzia będzie wręcz zachwycona, jaka przytrafiła się jej kulinarna kaleka! Niczego nie potrafię porządnie zrobić. ...
«1234...»