-
„Co to to nie!” – część 61 i 62
Data: 07.03.2023, Autor: KociHopeCoop
... miednicy. Jednak gdy w poniedziałek wróciła do roboty, odetchnąłem z ulgą. Wydawała się zupełnie normalna i chociaż podejrzewałem, iż to tylko poza dla współpracowników, w końcu mogłem zatonąć we własnej żałobie oraz popłakać w drodze do i z roboty. Wtedy nastąpiło kolejne jebnięcie. Dopiero teraz wiem, że dziecko miało dla niej stanowić kartę przetargową do uwiedzenia szefuńcia. Nie pozbyła się Stasia, bo zapewne chciała wmówić konusowi, iż to jego „bejbi”. Pewnie przez jakiś czas wodziła tym gościa za nos. Lecz w końcu bańka pękła, przez co została największą przegraną. Samotną matką z niechcianym bachorem… – Spuszczam głowę, kręcąc nią delikatnie. Mimowolnie zaciskam pięści. Jedna spoczywa na udzie, druga na blacie stołu. Wówczas czuję dotyk. Unoszę łeb i zauważam szkliste oczka Lidii. Jej wyciągnięta dłoń spoczywa na mojej. Momentalnie robi mi się słodko-gorzko. Słone krople próbują odebrać widok, toteż ocieram je serwetką wyszarpaną z ażurowego serwetnika stojącego na stole. Dobrze, że papier jest biały. Inaczej miałbym podwójne pandy pod ślepiami. – Kocham tego chłopca – stwierdzam po dłuższej chwili, patrząc Kruszonce prosto w oczy. – Jakżebym mógł inaczej. Przeraża mnie jednak, iż nie wiem, jak wytłumaczyć malcowi, dlaczego go porzuciłem. Nie wejdę przecież do ich domu, czy tam mieszkania, mówiąc: „Cześć, młody! Jestem twoim tatusiem!”. To nie przejdzie. Muszę zaskarbić sobie jego miłość, zaufanie oraz dać szkrabowi wsparcie, nie niszcząc przy tym relacji Stasia z ...
... matką. Nigdy nie sądziłem, że będę kogoś nienawidził. A to właśnie czuję do oszustki, obdarzonej dawniej miłością. Pamiętam, iż dwa dni walczyłem, by ją w końcu wsadzić do auta i zawieść na skrobankę. Nadal widzę przed oczyma te wszystkie formularze, które musiałem z siksą wypełnić. Trzęsły mi się łapy niczym po tygodniowym cugu. Do urodzin Klary nie miałem świadomości, jakim wielkim jestem „przegrywem”. Sterowała mną jak chciała, odegrała rolę stulecia, a ja skakałem niczym marionetka na pociąganych przez lachona sznurkach. Więcej nie popełnię tego błędu. Chcę walczyć o małolata, pomimo iż wątpię we własne możliwości. Wiem, iż się starasz, ale naprawdę nie wymagam od ciebie, byś traciła nerwy, czas oraz własne życie przez moje błędy. Rozumiesz mnie chociaż trochę? Ma w ogóle sens to, co próbuję ci przekazać? Następuje cisza, wypełniona jedynie odgłosami dobiegającymi zza uchylonego okna. Mierzymy się z Kruszonką wzrokiem. W moich oczach wisi pytanie, w jej, w co trudno uwierzyć… ciepło. – Jesteś fest grzmotnięty, że trzymałeś to w sobie – pada z ust dziewczyny, zakreślającej kółka na wierzchu mojej dłoni. – Myślałeś, iż cię nie zrozumiem i nie wesprę? – Nie śmiałem tego od ciebie oczekiwać – wzdycham, uśmiechając się lekko. – Wolałem być silnym Marianem, pełnym radości, ochraniającym wybrankę szeroką piersią. W tym momencie mam jednak wrażenie, że to ty prędzej wyjedziesz Zośce „z bara”. Masz większe „cohones” ode mnie, Lidziu. – Po prostu cię kocham, łobuzie – ...