1. Efekt uboczny


    Data: 18.04.2023, Kategorie: bez tagów, Autor: starski

    Siedemnasty lipca nadszedł szybciej niż bym tego chciała. Niby tyle czekałam na ten dzień, a gdy wreszcie przyszło co do czego, czułam się jakby zaskoczona.
    
    Po tylu dniach wyluzowania i przekonywania samej siebie i wszystkich dookoła, że wcale się tym nie przejmuję, nagle obleciał mnie strach. A jeśli mnie nie przyjmą, jak okaże się, że nie będę wiedziała co powiedzieć, czy jak się zachować, albo po prostu im się nie spodobam? Strach. Miałam normalnego pietra. Ból żołądka zaczął się już wieczorem. Do późna siedziałam przy komputerze, bo nie byłam w stanie zasnąć. Właściwie do łóżka pogonił mnie ojciec.
    
    - Będziesz zdechła jutro rano, zabłyśniesz workami pod oczami – Śmiał się.
    
    Poszłam spać i zasnęłam szybciej niż myślałam. Obudziłam się godzinę przed budzikiem.
    
    Prysznic, ciuchy, papiery. Poukładałam wszystko po raz kolejny. W głowie powtarzałam sobie scenariusze rozmowy.
    
    Kawa.
    
    Na śniadanie nie miałam ochoty, kawa była obowiązkowa.
    
    Żołądek przestał dokuczać, ale na pewno nie chciało mi się jeść.
    
    Dziewiąta. Byłam gotowa.
    
    - Tak się ubrałaś? – Ojciec wiedział jak mnie przerazić.
    
    - No, a jak? Źle?
    
    - Dobrze, mogą być i spodnie, czemu nie.
    
    - A co, lepiej spódniczka by była?
    
    - Masz ładne nogi, to wiesz...
    
    - No to co, mam tam tyłkiem świecić? Nie idę się zatrudnić do kabaretu tylko do banku.
    
    - No zgadza się, ale wiesz... „Ale wiesz” co? To właśnie mój ojciec. „Uwielbiałam” gdy zaczynał tak gadać. Było za późno żeby się teraz przebierać. ...
    ... Spódnica do zielonego golfu by się znalazła, ale jak teraz zacznę, to się spocę, wkurzę i ogólnie, lepiej nie zaczynać. Nie włożyłam szkieł, wolałam okulary. W spódniczce wyglądałabym jak jakaś sekretarka. W sumie, może nie byłoby i źle, ale niestety, za późno. Miałam wystąpić w rozpuszczonych włosach, wyglądałam trochę za blondynowato. Spięłam w kitę.
    
    - Jadę w spodniach.
    
    - No i dobrze i tak jesteś laska.
    
    - Jasne, że jestem.
    
    - A stanika nie zakładasz?
    
    - Teraz tak się nosi.
    
    - Chyba w Mulin Rouge.
    
    - Do tego golfu tak się nosi.
    
    - Super, weź mój samochód.
    
    - Naprawdę?
    
    - Jasne, niech wiedzą, że kasy im nie będziesz wynosić.
    
    - Okej, dzięki.
    
    - Aha, tylko jedna sprawa. Podwieziesz pana Groppa. Miałem go podrzucić ja, ale nie będę się tłukł tą twoją puszką, jeszcze mnie ktoś zobaczy.
    
    - Nie ma sprawy, a gdzie mam go podrzucić?
    
    - Pod klinikę, jedzie robić jakieś badania.
    
    - Chory jest?
    
    - Nie wiem, starość nie radość.
    
    Buziak i jazda. Wyjeżdżając z garażu prawie zapomniałam o panu Groppie, a właściwie zapomniałam zupełnie. Przypomniało mi się jak go zobaczyłam na chodniku pod domem. Pan Gropp był naszym sąsiadem. Grał na skrzypcach w filharmonii, kiedyś, teraz już raczej był na emeryturze. Udzielał prywatnych lekcji. Przyjeżdżali do niego ludzie z całego kraju, chyba. Nigdy nie miał samochodu. Wszędzie woził go ktoś. Na przykład mój ojciec, który utrzymywał z nim dobre, sąsiedzkie stosunki.
    
    - Dzień dobry – powiedział, gdy otworzył drzwi ...
«1234...»