-
Zupa dyniowa
Data: 12.08.2023, Autor: Przeklenstwo
To tylko opowiadanie.Nierealne, ale zupa da się zjeść. Z dedykacją dla jedynego w swoim rodzaju Pana i Władcy czyli Zacka Tytułem wstępu Ostatnio mój Pan i Władca nabrał zwyczaju mówienia do siebie podczas gotowania. Na początku sądziłam, że chce mnie w ten niecny i podstępny sposób zmusić do słuchania. Niby przez przypadek, coś mi tam ma wpaść. Ale nie ze mną te numery. Nie na takie sztuczki nie dałam się nabrać. Chociaż oczywiście udawałam, że o niczym nic nie wiem. Dominacja dominacją, ale żebym z własnej, w dodatku nieprzymuszonej woli do kuchni weszła, nie ma takiej opcji. Zatem on sobie prowadził te monologi o cukrowych cebulkach, beszamelach i rodzajach drożdży. A ja spokojnie siedziałam i robiłam ciekawsze rzeczy. Jeśli jedno z nas umie i na dodatek kocha gotować, to w zupełności wystarczy. Tym bardziej że tą osobą jest Pan i Władca, przecież służebnicy nie wypada odbierać ulubionego zajęcia swojemu właścicielowi. Zakaz taki jest we wszystkich kodeksach spisany, nawet w prawie krasnoludów z Uldenu. Przyznaję się, kiedyś nawet dyktafon w kuchni zostawiłam, żeby sprawdzić, czy monologi trwają także w czasie, gdy mnie nie ma. Trwały. Nie przeszkadzałam. Do głowy mi nie przychodziło, żeby się nawet pytać. Ostatecznie gotować umiałam. Udowodniłam to nawet, robiąc pamiętne placki z jabłkami. Sama osobiście, tymi rękami. No dobrze, skoro ma być cała prawda, to niech będzie. Dyktafon zostawiłam więcej niż raz. Kilka razy. No może kilkanaście, ale więcej jak ...
... trzydzieści to na pewno nie. Słowo honoru daję. I tu powinnam zakończyć wyznanie, ale oczywiście narzędzie do nagrywania znalazł i karę wymyślił. Nawet więcej niż jedną. Czy zapłacze na moim pogrzebie? Tego dnia wróciłam do domu w radosnym nastroju. Właśnie kolejny numer gazety poszedł do druku. Miałam przed sobą perspektywę dwóch tygodni spokoju. Mój PiW wrócił jeszcze przede mną. Siedział i przeglądał coś w laptopie. Podniósł na chwilę głowę. - Cześć, kochanie – rzekł i uśmiechnął się. Nogi się pode mną ugięły, całe dwie. „Kochanie” i uśmiech nie znaczył niczego dobrego. Absolutnie nic dobrego. Przed oczyma przebiegły mi miliony spraw, za które mogłam podpaść, ale nic z nich nie zasługiwało na owo „kochanie”. - Witaj, Panie – odpowiedziałam, uśmiechając się słodko. - Może jednak coś mu się odmieniło, może to „kochanie” jest tylko przez przypadek – modliłam się w duchu. - O, jak pięknie. Lubię, gdy moja niewolnica jest taka miła. Bardzo lubię – stwierdził No to koniec. Mam przechlapane i to na całego. I miałam. Całości wykładu na temat właściwego zachowania i skutkach potajemnego nagrywania nie jestem w stanie przytoczyć. Ba nawet jego części. Cały czas myślałam wtedy tylko o jednym, o karze. Rękę ostatnio mój PiW ma jakąś mocniejszą albo moja skóra zrobiła się wrażliwsza. W szczegóły nie będę się wdawać. Ale były chwile, kiedy miałam ochotę wśród „ałaa”, „boli”, „błagam, wystarczy”, wykrzyczeć hasło bezpieczeństwa. Jakim cudem tego nie zrobiłam, do ...