-
Zupa dyniowa
Data: 12.08.2023, Autor: Przeklenstwo
... mieściła. Zupy mój PiW robił milion razy, więc wiem jak. Teoretycznie. Najpierw trzeba wszystko obrać i pokroić. Obiera się takim ustrojstwem, co nie kaleczy, w każdym razie nie tak jak nóż. Zaczniemy od cebuli. No i masz. Nie idzie. Obierak się popsuł. W rękach Pana tak to jakoś szło. No nic, ręcznie już dawałam radę, to i teraz dam. Pamiętam instrukcje z netu. Bierze się i obdziera z pierwszych liści i trzeba dzyndzle u dołu obciąć. Sukces jakiś, bo się nawet nie skaleczyłam. Jak jest cebula to i czosnek dodam. Sezon grypowy w pełni. Taki jeden mały ząbek, to nie zaszkodzi. Ufff. Marchewka, pietruszka i ziemniaki poszły gładko, znaczy się dwie mały ryski na palcach, przecież się nie liczą. Już przy drugiej marchewce okazało się, że obierak się sam naprawił. Pewnie się przestraszył, jak mu powiedziałam, że go wyrzucę. No i zostało dynia. Wzięłam siekierę. Przymierzyłam się, tak jak drwale przy rąbaniu drewna i pomyślałam, że spróbuję też dać jej szansę. Obierakowi przecież dałam. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. I tym obierakiem po skórze. I stał się cud. Pomarańczowa skórka zaczęła odchodzić. Delikatnie oddzielać się od pomarańczowego środka. Niesamowite. Żadne tam dwie godziny. Kilkanaście minut i miałam obraną. A teraz trzeba wybebeszyć. Nie ma innej opcji. Flaki ze środka trzeba wyjąć i już. Siekiera się jednak przydała, bo dużego noża do bebeszenia nie znalazłam. A tak rach ciach i była na pół. A i jak coś granit na blacie okazał się wytrzymały. Tylko taka drobniutka ...
... ryska, prawie niewidoczna powstała. Dynie bebeszy się ciężko. Te flaki trzymają się jej, jakby były przyklejone. Ale dałam radę. Z krojeniem poszło już jak po maśle. No dobrze, przy cebuli płakałam, a po marchewce nakleiłam sobie dwa plasterki. No to można powiedzieć, że strat nie było. Dużo tego wszystkiego było. Gar jeden wielki w domu jest. Zwykle gotuje się w nim bigos na święta. Ale mniejszego nie odważyłam się wziąć. W pamięci miałam scenę z filmu Barei, w której Wojciech Pokora gotował makaron. Co prawda makaronu nie było w przepisie, ale kto wie, może i te warzywa tak zaczną rosnąć. Na dno trzeba wlać olej, potem podpala gaz pod kuchenką, a potem trzeba dodać cebulę, a jak ta się zeszkli (znaczy się zmieni kolor na przejrzysty) wtedy można wrzucić resztę, zalać wodą i niech się gotuje. Utrudnienia pewne miałam. Garnek był wielki, więc musiałam na taboret wchodzić, żeby tę resztę wrzucać i dolewać, ale czego nie robi się, żeby Pana i Władcę przebłagać. Teraz musi się pogotować. Godzinę jej dam. Niech ma. A ja się położę. Na chwilę. Płytki na podłodze są fajnie zimne. - Ania, co się stało! - przerażający wrzask Pana i Władcy, obudził mnie. Nawet nie zauważyłam jak zasnęłam. - Nic – wyszeptałam. - Zasnęłam na chwilę. - Zasnęłaś?! - Tak jakoś. Patrzył na mnie z obłędem w oczach. Na podłodze walały się resztki flaków z dyni, ciemnopomarańczowych, obierki od marchewki, a nawet łupiny od czosnku. Jakim cudem znalazły się też w moich włosach, tego nie wiem. Za ...