1. Wybawiciel (opowieść w czas zarazy)


    Data: 27.10.2020, Autor: nefer

    ... ja znalazłam ciebie.
    
    - Ale ty byłaś, jesteś, piękna. Gdyby nie te czarne plamy, mogłabyś mieć wtedy każdego na jedno skinienie. Teraz też możesz. A ja? Która zechce starego pokrakę, byłego mnicha, w dodatku nosiciela znaku przez wszystkich uważanego dzisiaj za znamię śmierci?
    
    - Nie twierdzę, że to będzie łatwe – powtórzyła.
    
    - Kim jesteś?
    
    - Kimś, kogo dawno temu wygnaliście z tej ziemi i z własnych serc. Ale to ja odpowiedziałam na wasze modlitwy w czas trwogi. Bo matka nigdy nie opuszcza swoich dzieci.
    
    Mimo woli opadł nas kolana i oddał jej cześć, przykładając do czoła zwiniętą pięść. Nawet nie pamiętał, że zna ten starożytny gest. Skądś przyszła jednak wiedza, że tak należy. Wiedział też, że ta dziwna kobieta nie kłamie.
    
    - Dlaczego ja, Boska Pani? Nigdy nie wzywałem Twego imienia.
    
    - Wiem, służyłeś swemu Panu, który jednak nie wysłuchał twoich modlitw. On nie wysłuchuje niczyich modlitw, zbyt odległy i dumny. Uczyniłam to za niego, bo matka zawsze kocha swoje dzieci.
    
    - Ale dlaczego ja?
    
    - Bo nie przyjąłeś ani złota, ani mego ciała Dziewicy. Przyjąłeś dopiero moją prośbę, strach i rozpacz. To właśnie mogą zaofiarować dzisiaj twoi pobratymcy.
    
    - Pani, to nie było zupełnie bezinteresowne. Wiedziałem, że i tak nie mam nic do stracenia.
    
    - Wielu uznałoby jednak na twoim miejscu, że mogą się jeszcze uratować. Inni wyładowaliby swój strach i nienawiść na bezbronnej dziewczynie. Ale dość już tej rozmowy. Nadchodzi świt, nie trać ...
    ... czasu, Wybawicielu.
    
    Skinęła dłonią i zniknęła, niemal w tej samej chwili, gdy ostatni skrawek księżyca skrył się za wzgórzem. W brzasku wstającego dnia przeszukał skromne obozowisko, zbierając rzeczy, które mogły się przydać podczas wypełniania otrzymanej misji. Wzrok ojca Michała padł na porzuconą szatę Sylwany, udającej przez pewien czas córkę bogatego kupca. Wymacał zaszyte w kilku miejscach twarde krążki. Złote monety! Przynajmniej tyle, to powinno choćby trochę ułatwić sprawę. Ale która, najnędzniejsza nawet dziwka, chciałaby zlec z chorym na czarną śmierć? Choćby i płacił szczerym złotem? Nieważne, poradzi sobie. Musi sobie poradzić. Najtrudniejszy będzie pierwszy krok, potem pójdzie już łatwiej.
    
    Wędrówkę zaczął od strumienia. Czysta, świeża woda, w sam raz do obmycia twarzy i popicia skromnego śniadania. Gdy pochylał się nad nurtem, coś zwróciło jego uwagę. Odnalazł spokojne zakole rzeczułki i spojrzał dokładniej. Na środku czoła, tuż ponad nasadą nosa, czernił się kolejny znak moru.
    
    Wstając z kolan pogroził pięścią przebywającej wszędzie i nigdzie Sylwanie. Nie wątpił, że obserwuje poczynania swego wybrańca.
    
    - Ty ladacznico, dobrze się bawisz? Pojąłem wreszcie prawdziwy powód, dla którego to mnie wybrałaś! Jesteś kobietą, nazywasz siebie Matką, może i bywasz Dziewicą, ale masz też wiele z Dziwki!
    
    Na koniec przyłożył jednak zaciśniętą dłoń do czoła. Nie obiecywała, że pójdzie łatwo. Nabrał wody do dzbana i ruszył ratować świat. 
«1...3456»