-
Człowiek witruwiański (I)
Data: 28.10.2020, Kategorie: człowiek witruwiański, Autor: XXX_Lord
... dyrektora lub członka zarządu. - I dlaczego odeszłam? - uśmiechnęła się - wdałam się w romans z właścicielem firmy i moja osoba stała się tam po pewnym czasie niepożądana. Zmuszono mnie do odejścia, ale jako rekompensatę dostałam gigantyczną odprawę, która ustawiła mnie na przynajmniej kilkanaście lat życia. Wypalona i zmęczona zrobiłam sobie półroczne wakacje. Po powrocie uznałam, że nie mam ochoty znowu pakować się w korporacyjne bagno. Przeglądałam w prasie i Internecie ogłoszenia w sprawie pracy, aż znalazłam ofertę Jacka. Zadzwoniłam i dogadałam się z nim w pięć minut. - Ale będziesz miała nad sobą supervisora, ktoś z Twoim doświadczeniem powinien być raczej na moim miejscu. - Nie mam ochoty zarządzać ludźmi, chcę mieć zwykłą pracę, która będzie sprawiała mi przyjemność i po ośmiu godzinach będę z czystym sumieniem mogła zająć się innymi sprawami niż klienci. - Jesteśmy na miejscu - zahamowała gwałtownie i zatrzymała się pod hotelem - jeśli będziesz miał ochotę pogadamy później. Na wizytówce masz adres klubu. Numery telefonów taxi znajdziesz w mailu, do zobaczenia za godzinę. Wyjąłem walizkę z bagażnika i zamknąłem drzwi. Nadia pomachała mi przez szybę i z piskiem opon ruszyła przed siebie. Hotel otwierał przede mną podwoje. Godzinę później taksówka ze mną w środku podjechała pod klub, na który namiary pozostawiła Nadia. Wysiadłem po zapłaceniu i stanąłem w kolejce do wejścia. - Z zewnątrz prezentuje się jak wiejskie mordownie z końca lat ...
... dziewięćdziesiątych w Polsce - oceniłem. Ochroniarz wyglądający na zapaśnika lub wrestlera świdrował mnie wzrokiem. - Jestem zaproszony przez koleżankę. - Nazwisko? - Nadia Dumitrescu. - Pani Nadia? Trzeba było podejść bez kolejki - jego nastawienie zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni - po lewej stronie schodami w dół, później do końca prosto i na górę do loży po prawej stronie. Przed wyjściem z hotelu miałem problem z dobraniem ciuchów. Niby to wizyta w klubie, ale nie mogłem przecież pojawić się stroju plażowym czy w t -shircie. Obejrzałem się w lustrze przed wejściem do loży. Koszula w kolorze bordo, czarne dżinsy, czarne pantofle, okulary przeciwsłoneczne. Jest nieźle. Schody na górę ciągnęły się w nieskończoność. Wreszcie dotarłem na szczyt. Przy stole siedziała czwórka osób bawiąc się doskonale. Pierwsza zauważyła mnie Nadia. - Piotr! - krzyknęła radośnie - chodź do nas, przedstawię Cię pozostałym. Już wiem, po co pojechała do domu. Strój bizneswoman z lotniska zmieniła na czerwoną, obcisłą sukienkę sięgającą do kolan, na nogach miała czerwone szpilki, w uszach zawieszone małe kolczyki z chińskim lub japońskim znakiem z alfabetu. Wyglądała oszałamiająco, kiedy podeszła do mnie i ujęła moją rękę. Malik przywitał się pierwszy. - Witamy w Londynie - mówił z francuskim akcentem, a jego uścisk dłoni miał moc imadła. Nie jestem ułomkiem, ale gość prezentował się, jakby pretendował do gry w NBA. - Cześć Malik - z trudem powstrzymałem się od ...