-
Gwałt w zoologicznym
Data: 23.11.2020, Autor: MrHyde
Pogasły światła. Rolety oddzielające sklep od galerii opadły z łoskotem. Zapadła grobowa ciemność. Cisza. Niepokój. Nawet papugi przestały skrzeczeć, z obawy przed najgorszym. — Proszę państwa, zapraszam do kasy! Wyjście awaryjne jest za kasami. Proszę do mnie! — zawołał pracownik sklepu operetkowym barytonem. — Bardzo państwa przepraszam. Nie wiem, co się stało. Zaraz zaprowadzę państwa do wyjścia. Czy jeszcze ktoś jest w sklepie? Proszę się odezwać! Czy ktoś potrzebuje pomocy?! — Różowa plakietka dyndająca na szyi niskiego mężczyzny o chłopięcej twarzy informowała trzema różnymi krojami czcionki: „Jestem Jarek. Uczę się. W czym mogę pomóc?” Tylko co po plakietce, kiedy nie ma światła. — Ii! — dobiegł krótki pisk, gdzieś z działu akwarystycznego. — Wszystko pod kontrolą. Zamykaj! — niemal jednocześnie zadudnił bas, w tej samej części sklepu. — Daga, jesteś tu? — odezwała się jakaś kobieta. — Daga, nie widzę cię! — Stój, smarkulo! — syknął bas. — Cicho bądź! Będziesz cicho, to będzie dobrze. Jak nie, to sama wiesz, co będzie. — Daga! Odezwij się! — Ćśś! — Ała! Boże! — zapiszczała kobieta. Oczy stopniowo przyzwyczajały się do ciemności. Mówiącym basem okazał się szczupły mężczyzna, niewysoki, w czarnej kominiarce na głowie. W ciemności trudno rozpoznać barwę, ale ta kominiarka była czarną. Kurczowo ściskał lewe ramię i prawy nadgarstek przerażonej dziewczynki. — Jak masz na imię? — zapytał. — Dagmara. — Ile masz lat? — Nie twój ...
... interes! — krzyknęła kobieta. Musiała być blisko. Prawie na wyciągnięcie ręki. — Ała! Puść! — krzyknęła jeszcze raz. Tym razem z bólu. Także ona była w potrzasku piekielnie silnych rąk jakiegoś mężczyzny. — Czego chcecie?! — Mamy sprawę! — odpowiedział bas. Nie czekając na odpowiedź, kontynuował przepytywanie dziewczynki. — No mów, mała, ile masz lat! — warknął tak strasznie, że nawet nieustraszony ksiądz proboszcz by się przeląkł. — Trzynaście. — Dobra, ty możesz iść. Pan Jarek się tobą zajmie... No co, ogłuchłaś? Wypierdalaj! W tym momencie włączyły się światła. Nie wszystkie, ale wystarczająco dużo, by skutecznie rozproszyć mrok. Wspomniany Jarek właśnie wrócił z zaplecza. — Biegiem! — bas w kominiarce wrzasnął jeszcze raz, lekkim kopnięciem dodatkowo zmuszając do posłuszeństwa. — Jareczku, do kibla z nią! Weź ją tam przetrzymaj! — wydał instrukcje młodemu koledze. — Ała! Zostawcie ją w spokoju! Daga, uważaj! Na nic mu nie pozwalaj! Uciekaj! Ała! — krzyczała kobieta, wijąc się w szponach napastnika. — Bandyci! Co wy robicie! — Tylko tyle mogła zrobić dla siostry i dla siebie. W końcu dane jej było zobaczyć, kto ją uwięził, zamykając jak w klatce w obręczy z zaciśniętych wokół niej jego ramion. Napastnik okazał się wysokim, barczystym mężczyzną, w dziurawych dżinsach, szarym swetrze i czarnej kominiarce. Dryblas pod czapką miał coś jeszcze na głowie. Ciemny półprzezroczysty materiał zasłaniał jego oczy. Był to prawdziwy bandyta w prawdziwym bandyckim ...