-
Brother in law (IV)
Data: 20.04.2022, Kategorie: bez tagów, Autor: Kate
... iść do solarium i nałożyć tapetę na twarz. A nie... pomyłka... Ona nie potrafiła. Ale kogo to właściwie obchodziło? Buty okazały się brzydkie i za duże, spodnie – nieco za ciasne i też nie w jej guście, ale sweter... był idealny. Żałowała, że będzie musiała go zwrócić. Z przymierzalni poszła od razu do kasy. Było jej wstyd, ale nie miała innego wyjścia. Ekspedientka kolejny raz obrzuciła ją wzgardliwym spojrzeniem, a gdy usłyszała, o co jej chodzi uśmiechnęła się bezczelnie. – Nasz sklep nie przyjmuje zwrotów – bąknęła. – Nie potrzebujemy zwrotów – odezwał się znienacka, stając tuż za nią – Twoje ciuszki dopiszemy do mojego rachunku. – Nie ma takiej opcji – odwróciła się gwałtownie do niego. Nie zdawała sobie sprawy, że stanął aż tak blisko i prawie zderzyła z jego torsem. Poczuła się niezręcznie. Harpia przy kasie zastygła. Zszokowana patrzyła na Abbie jak na jakieś indywiduum. Jakby pierwszy raz widziała kogoś, kto śmiał przeciwstawić się Williamowi. – Nie zgadzasz się? – cień uśmiechu pojawił się na jego twarzy. – Co w tym dziwnego? – Nic – wzruszył ramionami, a oczy mu błysnęły. Kiedy odwróciła się ponownie do sprzedawczyni, chwycił za metkę przy swetrze i zręcznym ruchem ją urwał. – I po sprawie. Megan, rachunek jak zwykle ureguluję pod koniec miesiąca – jak gdyby nigdy nic ruszył do wyjścia. – Oczywiście panie Clifford – zapiszczała ekspedientka. Abbie pobiegła za nim. – Czemu to zrobiłeś? – Już powiedziałem. Niczego nie ...
... zwrócimy. – Ale ja nie chcę tego wszystkiego! – To wyrzuć. – Nie chcę żebyś za to płacił! – Dlaczego? Kobiety przecież uwielbiają jak płaci się za ich ciuszki. Nie robiliście tak z Aleksandrem? Chciała mu wytłumaczyć, że ona taka nie jest, że nawet nie lubi zakupów. Ma kilka swoich ulubionych rzeczy i nie potrzebuje więcej. A jeśli nawet, to przecież pracuje i stać ją. No... może nie na takie butiki, ale sama sobie zawsze kupowała, kupuje i będzie kupować. Zrezygnowała z mówienia czegokolwiek. Bo i po co ma tłumaczyć. I tak wiedział swoje. Pokręciła tylko głową. – Wiesz, co? Jak już musisz, to odwieź mnie do tego domu i daj święty spokój. – Jak sobie życzysz – otworzył drzwi mercedesa z jej strony i wymownym gestem zaprosił do środka. W ogóle nie rozmawiali. William zajęty był tłumaczeniem, czemu nie ma go na stypie i załatwianiem spraw biznesowych. Ona myślała skąd weźmie pieniądze na ubrania. Bo to, że ureguluje z nim rachunek było więcej niż pewne. Musiała oddać mu te pieniądze. Prędzej umrze niż pozwoli na to, by cokolwiek jej fundował. Mimo woli popatrzyła na niego. Czy musiał być aż tak idealny? Nie mógł mieć, chociaż tej gęby tak parszywej jak parszywy miał charakter? To było niemożliwe, że matka natura stworzyła coś tak przystojnego, a jednocześnie tak wrednego. Musiał być modyfikowany genetycznie. Jak kukurydza. Niby piękna i dorodna, a napędzająca alergie, raka i inne paskudztwa. Zastanawiała się, jak jeden facet może tak odpychać i przyciągać ...