-
(Nie)dola autora (II)
Data: 04.06.2022, Kategorie: fellatio, intryga, Autor: Pavo
... spotkam... tak poza tym, myślałam że mieszka pan w stolicy... Stolica. Inne życie, pomyślałem, a odpowiedziałem: - Nie, nie. Chwilowo tutaj – sam nie wiem, skąd wzięło mi się to „chwilowo”. Chyba z pobożnych życzeń. – Chce mnie pani poprosić o autograf? Jeden już pani ma, ha ha. - Ja... nie wiem, nigdy nie przypuszczałam że będę mogła rozmawiać z panem tak... normalnie, jestem po prostu w szoku... – biedaczka, zachowywała się jakby drzwi otworzył jej William Szekspir. - W szoku? To może pani usiądzie? Zapraszam do środka – jeszcze zejdzie na zawał pod drzwiami. To raczej nie byłaby dobra reklama. Chociaż wydawca zawsze powtarzał, że nieważne jak o mnie mówią, ważne żeby poprawnie pisali nazwisko. Ale bez przesady. Uczyniłem zapraszający ruch ręką i wpuściłem ją do środka, z czego po chwili wahania skorzystała. Znalazłszy się w przedpokoju, poczęła rozglądać się dookoła, tak jakby pierwszy raz w życiu widziała coś podobnego. A może spodziewała się, że po przekroczeniu progu, w jakiś czarodziejski sposób znajdzie się w stopięćdziesięciometrowej dwupiętrowej rezydencji z widokiem na panoramę miasta. Cóż, osobiście przeżywałem ten zawód codziennie. Ponieważ stała jak kołek, podjąłem inicjatywę i zaprosiłem ją do swojego pokoju. Szczęście, że zdążyłem pościelić po nocy, przez co prezentował przynajmniej jakieś minimum reprezentatywności. Odzyskała mowę gdy usiedliśmy na kanapie. - To pański gabinet? Znowu musiałem stoczyć ciężką walkę z samym sobą by ...
... się nie roześmiać. Kobieto, gabinet to mogła mieć Agata Christie. To jest po prostu pokój. Nie nazywajmy gówna czekoladą. Mimo wszystko, odpowiedziałem półżartem: - Tak. A to moje narzędzie pracy – wskazałem na laptop. – I mój roboczy uniform – z kolei wskazałem na siebie. Ubrany byłem, jak to w domu, po domowemu. Wytarte dresy, tanie kapcie i koszulka, która kiedyś była czarna, lecz po kilkunastu latach straciła kolor i obecnie była co najwyżej ciemnosiwa. Właściwie jednak, odzieniem wierzchnim pasowaliśmy do siebie. Ona ubrana była w adidasy, które najlepsze lata miały wyraźnie za sobą, wytarte dżinsy i koszulkę w barwach firmy kurierskiej (której, nawiasem mówiąc, nie kojarzyłem). Do koszulki przyczepioną miała plakietkę z logo firmy i imieniem, stąd dowiedziałem się, że ma na imię Ania. Jeśli zauważyła że się jej przyglądam, właściwie nie musieliśmy się sobie przedstawiać. Jej ubranie korespondowało z wyglądem zewnętrznym. Miała miłą, sympatyczną twarz, lecz – szczerze mówiąc – to samo można powiedzieć o milionach twarzy na całym świecie. Nie była udekorowana żadnym makijażem i wydawała się wyjątkowo blada. Wzrok miała rozbiegany, jakby bała się spojrzeć na mnie (może oślepiał ją blask mojej sławy, ha ha...), ale udało mi się dostrzec szaroniebieski kolor oczu. Włosy uczesane miała... właściwie nie miała. Blond kosmyki opadały na twarz w nieporządku, z tyłu głowy dostrzegłem jakiś prowizoryczny kucyk. Wyglądała na jakieś kilka lat młodszą ode mnie, mogła być mniej ...