-
Samotna Królewna (I)
Data: 31.10.2022, Kategorie: nieletni, rozwód, pierwsza miłość, wpadka, zakochanie, Autor: Taka_Miłość
... idę do przodu. Ja nie rozpaczam i nie mam pretensji do całego świata za swoje niepowodzenia. – Przystanęłam, bo właśnie znajdowałyśmy się przed wejściem do klubu, umiejscowionym w piwnicy jednej ze starych kamienic. – Na pewno chcesz tu wejść? – zapytała, krzywiąc przy tym twarz. Wiedziałam o co jej chodzi. To w tym klubie doszło do pierwszego zbliżenia, między mną i Oskarem, to też w tym klubie, tak naprawdę, bliżej go poznałam, i to również w tym klubie, spędziliśmy większość swojego czasu, tego spędzonego razem. Uśmiechnęłam się zwycięsko w stronę, o głowę ode mnie wyższej, Wiktorii i z pewnym głosem, lekko zdartym od wciąż trwającego przeziębienia, zapewniłam: – Ani mnie to ziębi, ani grzeje. Idę w tany. Ruszyłam naprzód, wąskimi schodami, na sam dół. Otworzyłam drzwi i od razu do mnie dotarło, że błędem była, tak długa moja nieobecność w tym miejscu. W końcu to był mój świat, ten podziemny świat, ukochany, jedyny tak dobrze mi znany. – Cześć Filip – rzuciłam do szatniarza, zdejmując z siebie odzież wierzchnią. – Macie? – zapytałam i ukradkiem trąciłam się w nos kciukiem, delikatnie przy tym też nosem pociągnęłam. – Za barem. Tylko nie syp po przekątnej. Jakoś... tak wiesz... by nikt nie widział. – Spoko. – Puściłam do niego oczko, a ten zamiast być dla mnie miły i jakoś pochwalić mój wygląd, to uraczył mnie informacją: – Oskar nagrał, naprawdę, dobry kawałek. Powinnaś być z niego dumna. Nic już na to nie odpowiedziałam. Przewróciłam tylko ...
... oczami i zabrałam numerek. Wrzuciłam tę niewielką blaszkę do jedynej kieszeni jaką miałam w czarnej, obcisłej sukience i ruszyłam na parkiet, chwytając po drodze Wiktorię za rękę i ciągnąc ją za sobą. Wykorzystane utwory: Ranek uderzał w moje okna wrednymi promieniami słońca. Była zima! Czy słońce musi wschodzić na niebo nawet o tej porze roku, i to w dodatku tak wcześnie? Już miałam się podnieść i zasunąć ciężką, czarną zasłonę na całą szerokość okna, gdy przypomniałam sobie, że jej nie ma, bo przecież moja matka postanowiła ją zdjąć, tłumacząc się, że nie będzie mieszkała jak w burdelu. Bełkotała coś o tym, że nie dość, że pokój czerwony, to jeszcze w oknach czarno. Zacisnęłam więc moje małe zębiska i wydałam z siebie odgłos przypominający warknięcie. Okręciłam się na brzuch, by móc ukryć twarz w miękką poduszkę i spać dalej, otulona przyjemnym mrokiem i spokojem ciemności. Nie było mi to dane, bo właśnie wtedy coś ciężkiego wylądowało na moim tyłku. Poczułam się jakby zostało na nim położone z kilka albo nawet z kilkanaście kilo. – Co jest, do cholery?! – chciałam krzyknąć, ale ledwie zaczęłam wypowiadać pierwsze słowo, a już usłyszałam: – Uważaj, nie wierć się, bo ją zrzucisz. Uprzedzała mnie o owym zrzuceniu moja matka. Otworzyłam powieki z niemałym trudem i zerknęłam przez ramie na pyzatą dziewczynkę, która dosłownie wspinała się po moich plecach i to tylko po to, by chwycić za wsuwkę, którą miałam we włosach. Pociągnęła zdecydowanie i mocno. Przy okazji ...