-
Samotna Królewna (I)
Data: 31.10.2022, Kategorie: nieletni, rozwód, pierwsza miłość, wpadka, zakochanie, Autor: Taka_Miłość
... zabawa moimi kosmetykami. Na kolanach powędrowała do komody i usiłowała ją otworzyć. – Palce przyczaśniesz – powiedziałam niewyraźnie i zaczęłam tapirować włosy, gdyż wiedziałam, że bez umycia ich, nie mam szans na inne ułożenie. Nie miałam czasu ich teraz myć, więc z burdelu na mojej głowie, postanowiłam uczynić jeszcze większy burdel. – Gotowa! – krzyknęłam, biorąc małą pod paszkami, lekko wyrzucając w powietrze wciąż trzymając i usiłując zapiąć guziki jej puchatego, popielatego sweterka, z którego założeniem też był nie lada problem. Po sweterku przyszła kolej na buty, czapkę i czerwony bezrękawnik z włochatym wnętrzem kaptura. Zajęło mi to więcej czasu niż sądziłam. W życiu bym się nie spodziewała, że małe dzieci jest tak trudno ubrać! Cholerne bachorki, nawet pięciu minut, na dupsku nie umiały usiedzieć. Szybko wciągnęłam swoje kozaki z wełnianym ściągaczem. Nie były ciepłe – nie musiały takie być, bo zima już dobiegała końca. Swój krótki, w kratkę i zapinany na krzywy zamek płaszczyk wrzuciłam do wózka, małą wzięłam pod pachę i wyjechałam na klatkę schodową. – Mogłabyś pomóc! – krzyknęłam do mojej matki i wróciłam się do domu, oczywiście ciągle mając Kaśkę pod pachą. Zawróciłam po to, by łyknąć jeszcze trochę tej gorącej kawy dla pobudzenia. – Pójdziemy na plac zabaw – zapowiedziałam berbeciowi. – Zniosłam ci wózek na dół. Idź już, bo ci ukradną. Na pewno dasz sobie radę? – Świetnie sobie radzę, jak zawsze! – odwarknęłam nieuprzejmym tonem i ...
... wyszłam. Wpakowałam małą do wózka, zapięłam szelkami, Założyłam płaszczyk w zielono-niebieską kratę, nie zapięłam go i ruszyłam przed siebie, wprost do parku. – Podobają ci się drzewka? – zagadnęłam jedenastomiesięczne dziecko. – Niedługo będą zielone, bo będzie wiosna, potem lato i plaża z ciepłym piaskiem i zimnym piwkiem pod ręką. Może cię mama zabierze. W końcu ona prawie nie pije od kiedy cię urodziła. Gdybym miała dziecko, też miałabym powód, by nie pić i iść na przód, a nie stać w miejscu – ciągnęłam dalej zatrzymując się przy placu zabaw i siadając na ławce. – Ale nie mam, więc mogę melanżować – dodałam ze smutnym uśmiechem na ustach i przyciągnęłam trójkołowy pojazd do siebie, by móc wyjąć z niego małą Katarzynę. Swoją drogą nienawidziłam trójkołowych wózków, zwłaszcza, gdy przednie koło, nieproszone, kręciło się we wszystkich możliwych kierunkach. Potem pokazałam dziecięciu cały plac zabaw, który za moich czasów wyglądał nieco inaczej. Teraz miał lepsze drabinki i huśtawki, jednak, pomimo tego, panowały na nim pustki. Za czasów mojego dzieciństwa, pomimo badziewnych sprzętów i pourywanych huśtawek, takie place zabaw zawsze były oblegane przez dzieciarnie i ich rodziców, i to w każdej porze roku. Najwidoczniej teraz te wszystkie młode, pojebane mamusie wolały malować paznokietki i oglądać w domu paradokumenty albo walić w klawisze laptopów, zamiast wyjść z dzieckiem na spacer. Te starsze, moim zdaniem, były jeszcze gorsze – co to za matki,, po trzydziestce, które ...