-
Agnieszka
Data: 15.02.2023, Kategorie: kochankowie, wspomnienia, Autor: latarnia_morska
... zacząłem. W tym momencie zza bufetu wybiegł mały chłopczyk z plastikowym pistolecikiem w ręku. Kiedy przebiegał obok, Agnieszka chwyciła go w ramiona. - Albert, chcę, abyś poznał mojego synka, Alberta - powiedziała patrząc poważnie na mnie. - Ma na imię A...... - słowa uwięzły mi w gardle. Siedziałem z szeroko otwartymi ustami patrząc na chłopca. Miał takie samo spojrzenie, jak ja w jego wieku na starych zdjęciach. Ciężko oddychałem. Spojrzałem na Agnieszkę. Przełknąłem ślinę i otworzyłem usta, aby coś, cokolwiek powiedzieć, ale nie byłem w stanie wydać żadnego dźwięku. A potem zobaczyłem TO w jej oczach... - Tak. Zawsze lubiłam imię Albert. Bardzo przystojny młody człowiek... nie sądzisz? - powiedziała z dumą, pomieszaną chyba ze smutkiem. - Aaaa... Tak... Chyba tak... - jąkałem bez sensu. Agnieszka odwróciła się i spojrzała na barmankę. - Małgosiu, czy mogłabyś zająć się Albertem przez kilka minut? - Oczywiście - postawna kobieta wzięła chłopca za rękę i odprowadziła na zaplecze. Siedzieliśmy naprzeciw siebie w milczeniu. Agnieszka patrzyła na mnie, czekając chyba, aż coś powiem, a ja gorączkowo próbowałem opanować szalejące we mnie uczucia. - Nie jesteś zły na mnie? Wiesz... z powodu imienia mojego synka - powiedziała wreszcie. - Zły?... Skądże... Nie jestem... - dukałem. Kobieta wzięła serwetkę leżącą na stole i zaczęła ją składać w zamyśleniu. Złożyła stateczek z papieru, a potem podarła go na kawałki. Spojrzała ponownie na ...
... mnie. - Nigdy nie myślałam, że Cię jeszcze zobaczę. - Ja... w sumie... Wiesz.... - Minęło ponad sześć lat i nawet nie wiedziałam gdzie jesteś i co się z Tobą dzieje. W czasie powodzi próbowałam dowiedzieć się, co się z Tobą stało. Wiem o osuwisku i zniszczeniu obozu. Wiem o Twoim wypadku. Na wsi takie historie bardzo prędko się roznoszą... Tysiąc razy myślałam, o napisaniu do Ciebie listu na adres Uniwersytetu, ale nie byłam pewna, jak się czujesz... i jak zareagujesz... Oczy Agnieszki zaszły łzami. - Wiesz... naprawdę nie planowałam tego - szepnęła - Albert ma prawie pięć i pół roku... Nie musiałem być wybitnym matematykiem, aby wykonać podstawowe działanie. Minęło sześć lat i prawie trzy miesiące. Minus... Myślałem, ze serce wyrwie mi się z piersi. - Nie wiem, co powiedzieć - szepnąłem. - Nie musisz nic mówić. Tak musiało być. To było pisane. Jestem bardzo szczęśliwa, najbardziej, jak może być kobieta. Jak przez mgłę słyszałem jej słowa. Minęła dłuższa chwila, zanim dotarł do mnie ich sens. - Cieszę się. Widzę to szczęście na Twojej twarzy - odparłem ze smutkiem. - Wiesz... - rozejrzała się po zajeździe - Ta knajpka jest moim miejscem na ziemi... A Marek... jest naprawdę dobrym ojcem... Wiedziałem już wszystko. Nic więcej nie trzeba było mówić. Nie potrafiłem określić uczuć, które mną szarpały. Czułem, że łzy napływają mi do oczu. Próbowałem się opanować. - A co Ty robiłeś przez te wszystkie lata? - zapytała cicho. Ponownie przełknąłem ...