-
Pan ognia (Sługa płomieni 5)
Data: 09.03.2023, Autor: nefer
... spełnić złożone ci obietnice. Władczyni Złotego Miasta zawsze dotrzymuje danego słowa. Choćby nawet nie otrzymała w zamian tego samego! - Co masz na myśli, pani? Jakich znowu obietnic? - W wierszach, które napisałeś i które mi ofiarowałeś, składałeś liczne przyrzeczenia: uwielbienia, hołdów, wiernej służby... Wszystko to okazało się kłamstwem! Nie dotrzymałeś słowa, książę Bastianie, twoje wersy były jedynie pustym wymysłem, fałszywy poeto, zdradziecki rycerzu Złotego Płomienia. Ale ja nie splamię się podobnym postępkiem, zamierzam spełnić to, co obiecałam. - Cóż takiego, pani? - Nie pamiętasz? W takim razie przypomnę. Przyrzekłam uczynić cię Panem Ognia oraz roztopić okowy, którymi skuła cię ta lodowa suka Rianna, twoja księżna Dalekiej Północy. Dzisiejszej nocy wypełnię obydwie te obietnice, książę. - W jaki sposób? Niczym ladacznica? - Nie zapominaj, że jestem jednak bazylissą Chrysopolis. Pani Połowy Świata dotrzymuje słowa w sposób godny cesarzowej. Sam się przekonasz. Odstąpiła od drzwi i ruchem dłoni wydała polecenie żołnierzom. Wokół pasa nagiego więźnia spięto ciasno żelazny łańcuch, klucz wręczono Damarenie, która umieściła go obok sztyletu. - Weź opończę, panie. Na zewnątrz jest chłodno – zezwoliła, po czym cała grupka ruszyła korytarzem. Cesarzowej towarzyszyło kilku zbrojnych, sprawiających wrażenie zaprawionych w bojach weteranów. Należeli zapewne do gwardii cesarskiej, formacji złożonej z werbowanych w rożnych krajach najemników. ...
... O ironio, przeważali wśród nich przybysze z krain Zachodu i Północy. Pewnie dałoby się znaleźć w ich szeregach jego własnych, dawnych poddanych. Albo ludzi Rianny. To jednak nie miało żadnego znaczenia. Służyli teraz Chrysopolis, służyli za złoto, ale dobrze i wiernie. Najlepszy dowód, że w krytycznej chwili wojny, jak sama to stwierdziła, bazylissa zaufała właśnie obcym gwardzistom, a nie oddziałom złożonym z miejscowych. Maszerowali szybko, najwidoczniej Damarena potrafiła poruszać się także o własnych silach, niekoniecznie noszona w lektyce. Droga nie okazał się wprawdzie długa, wiodła jednak często po stromych schodach, które pokonywali w górę i w dół. Opuścili wreszcie mroczne korytarze i stanęli na platformie potężnej, przysadzistej wieży nad brzegiem morza. Woda otaczała budowlę z dwóch stron, bastion wysuwał się nieco przed inne fortyfikacje. Na tyłach dostrzegł pawilony i ogrody pałacu. Całą jego uwagę przykuło jednak to, co ujrzał na wodzie. Przed sobą miał wejście do zatoki Szczodrej Dłoni, wejście przegrodzone łańcuchem, który zapewniał bezpieczeństwo portowi, a całemu miastu dostawy żywności. Łańcuchem, który sami bezskutecznie dotąd szturmowali. Po przeciwnej stronie Dłoni majaczyła bliźniacza wieża, strzegąca północnego krańca przegrody. Na jej szczycie płonęła słabo pochodnia, szarpana silnym, idącym z głębi lądu wiatrem. Powiała już nocna bryza. Księżyc pozostawał niewidoczny i wszystko tonęło w mroku, gdzieniegdzie tylko rozpraszanym odległym blaskiem ...