1. Saga o gwiezdnej kobiecie, czyli wyznanie…


    Data: 18.10.2023, Kategorie: wojna, smutek, kochanka, wspomnienia, samobójstwo, Autor: Agnessa Novvak

    ... skromny koczek, jednak poza tym nie zestarzała się ani dnia. Ani godziny. Dosłownie.
    
    Na dodatek nie byłyśmy w pokoju jedynie we dwie. Przez moment wydawało mi się, że mam jakieś zwidy – co w moim stanie byłoby całkiem uzasadnione – jednak nie. Obok wciąż drzemiącej Rojzy stała, dla odmiany całkowicie przytomna i wpatrująca się we mnie z nieukrywaną ciekawością, niewysoka osoba w kitlu. Dokładnie ta sama, która opatrywała mnie, gdy zasłabłam po aresztowaniu Zdzicha. Co jak co, ale wystarczająco dobrze zapamiętałam nie tylko burzę jedwabiście czarnych loków, lecz przede wszystkim budzącą zaufanie, młodą twarz. Tak samo młodą wówczas, jak i teraz.
    
    Mimo huczącego kominka i puchowej kołdry poczułam wystarczająco wyraźnie, że lodowaty pot spływa mi po plecach. W tym momencie sama już nie wiedziałam, co właściwie widzę i w jaki sposób mam to rozumieć. Czy był to sen, czy może jednak jawa? A jeżeli naprawdę to wszystko się działo, to jakim cudem?
    
    I wówczas pielęgniarka – a może jednak lekarka? Wciąż nie miałam pewności – odsłoniła bielutkie ząbki w uśmiechu pełnym czułości oraz ulgi jednocześnie, a następnie niespodziewanie podeszła i przysiadła na krawędzi łóżka. Przez mgnienie oka chciałam odruchowo się cofnąć, jednak nagle ogarnął mnie osobliwy spokój. Jakby wszystkie obawy, troski i niepewna przyszłość momentalnie gdzieś uleciały. Bez słowa sprzeciwu pozwoliłam się podnieść do pozycji siedzącej, dokładnie obejrzeć i osłuchać stetoskopem. A na koniec, gdy ...
    ... niespodziewanie ciepła dłoń dotknęła mojego czoła, wiedziałam już, że wszystko będzie dobrze. Tak bardzo, że nagle odrzuciłam kołdrę i pochyliłam się ku mej wybawicielce, pragnąc nie tylko objąć ją w podzięce, ale najlepiej od razu obcałować.
    
    Ona jednak się odsunęła. Na tyle daleko, bym wciąż była na wyciągnięcie ręki, lecz już nie mogła się przytulić. Po czym bez żadnego ostrzeżenia… wyrwała mi włos z głowy, zmięła go w palcach i wrzuciła do stojącego na stoliku porcelanowego tygielka, z którego już wcześniej unosiła się smużka srebrzystego, uwodzicielsko słodkiego dymu. Naczynko momentalnie buchnęło strzelającym iskrami płomieniem, a tym razem nie przypominająca lekarki, a bardziej jakąś ogarniętą transem wiedźmę kobieta podniosła go i pomachała dokoła nas obu, kreśląc w powietrzu spiralne znaki, unoszące się niczym żywe.
    
    Po paru dłuższych chwilach ów osobliwy rytuał dobiegł końca. Pielęgniarka wstała, sama zaciągnęła się mocno zanikającym już dymem, podeszła do Rojzy i szepnęła jej coś na ucho. Z początku nic się nie działo, lecz wtem śpiąca się ocknęła, przeciągnęła niespiesznie i dopiero wtedy otworzyła oczy.
    
    Wpatrywałam się jak zauroczona w pełne, rozpalone nagłym rumieńcem policzki, unoszące się powoli w uśmiechu. W widoczne coraz wyraźniej dwa kły, które mimo otwierających się coraz szerzej ust, wciąż sięgały aż do dolnej wargi. We dwoje… przepraszam, w dwie pary oczu, bo zarówno te Rojzy, jak i znów obróconej w moim kierunku pielęgniarki, płonęły nieludzkim, rubinowym ...