1. Saga o gwiezdnej kobiecie, czyli wyznanie…


    Data: 18.10.2023, Kategorie: wojna, smutek, kochanka, wspomnienia, samobójstwo, Autor: Agnessa Novvak

    ... przyszłość. Zwłaszcza że mimo patriotycznych, podnoszących na duchu apeli, radio podawało coraz to gorsze wiadomości, aż w końcu ostatniego dnia września nadało pamiętne:
    
    Choć nie potrafiłam tego logicznie wytłumaczyć, nowe okupacyjne władze nie zwracały na mnie większej uwagi. Z początku owszem, byłam ciągana po urzędach, gdzie jako była żona miejscowego górnika o mocno teutońskim nazwisku byłam usilnie nakłaniana do podpisywania różnych podejrzanych list, jednak potem wszystko się skończyło. Tak nagle i niespodziewanie, aż wydało mi się to mocno podejrzane. Bo o ile czyjś syn został siłą wcielony do armii, córkę wywieziono na roboty, ciotka zamarzła z braku opału, matkę zabrała choroba, na którą zdobycie leków okazało się niemożliwe, a ojciec w ogóle gdzieś przepadł, to mnie podobne nieszczęścia omijały szerokim łukiem. Ciekawe czy z powodu uśmiechu opatrzności, czy raczej tego, że po prostu nie miałam już nikogo bliskiego?
    
    Jednak mimo grobowego nastroju i najzwyklejszych obaw o jutro musiałam przyznać uczciwie, że wcale nie żyło mi się tak tragicznie, jak wskazywałyby na to okoliczności – miałam przecież pracę, czyste łóżko i (zazwyczaj) pełny garnek. Czasami nawet co bardziej wdzięczny klient, w zamian za wyjątkowo kreatywną księgowość, obdarował mnie jakimś przyjemnym drobiazgiem: a to paroma workami węgla na zimę, a to pudłem może i nieco nadrdzewiałych, lecz wciąż jak najbardziej jadalnych konserw, a to ciepłym płaszczem, który na jego żonę czy córkę już nie ...
    ... pasował. Raz czy dwa trafiła mi się nawet podniszczona, lecz wciąż zawierająca odrobinę kruszcu biżuteria, którą czym prędzej ukryłam w sobie tylko znanym miejscu. A im więcej takich osób obsługiwałam, tym częściej polecali mnie swoim znajomym jako pewną i wyjątkowo zaufaną buchalterkę, która dobrze wiedziała, gdzie trzeba coś dopisać, a gdzie indziej skreślić, by na końcu wynik pokrywał się bardziej z oczekiwaniami niż prawdą.
    
    Co zaś się tyczyło spraw sercowych… cóż, najzwyczajniej nie miałam na nie ochoty. Chęci. Siły. Niczego. I to zarówno na poważniejszy, oparty o zaangażowanie emocjonalne związek, który pomógłby oderwać się choć na chwilę od tragicznej codzienności, jak i całkiem niezobowiązujące, przelotne romansiki, z założenia mające jedynie przynieść chwilową przyjemność. Choć parokrotnie naprawdę niewiele brakowało.
    
    Najbliżej złamania mej nieustępliwej do tej pory woli był chyba kandydat, który pozornie najmniej się do tego nadawał – mieszkający w tej samej kamienicy drobny cwaniaczek, geszefciarz, przemytnik i przy okazji stary kawaler w jednej osobie, imieniem Stachu, który wyraźnie chciał mi zaimponować już od pierwszej chwili znajomości. Niby mimochodem przechwalał się, kogo to nie zna i jak wiele jest w stanie zrobić, nieraz wpadał bez zapowiedzi z kwiatkiem w dłoni i flaszką zdobytego nie wiadomo skąd „konjaku” pod pachą. Kiedy natomiast pewnego razu zobaczył, że uginam się pod ciężarem znoszonego do piwnicy opału, bez pytania zakasał rękawy i w godzinkę ...
«12...456...21»