-
Saga o gwiezdnej kobiecie, czyli wyznanie…
Data: 18.10.2023, Kategorie: wojna, smutek, kochanka, wspomnienia, samobójstwo, Autor: Agnessa Novvak
... ogarnął to, co mnie zajęłoby chyba pół dnia. A ja naprawdę nie wiedziałam, w jaki sposób powinnam się wobec niego zachować. I wbrew pozorom największą przeszkodę nie stanowiło wcale to, kim był on sam. Wręcz przeciwnie! Niezaprzeczalny fakt, że potrafił całkiem nieźle kombinować, był w ówczesnej chorej rzeczywistości wartością wielce pożądaną. Wiedziałam, że z takim człowiekiem nie zginę w okupacyjnej zawierusze, bo w razie jakichkolwiek kłopotów albo załatwi, co trzeba, albo przekupi – względnie zaszantażuje – kogo trzeba. Nie przeszkadzało mi także, że najlepsze czasy zostawił dobre dziesięć lat i z piętnaście kilogramów za sobą. Ostatecznie ja także nie miałam już alabastrowej skóry bez śladu zmarszczek. Prawdziwą przeszkodą były moje seksualne skłonności, które wściekle wyły na widok krewnej Stacha, Izabeli. Teoretycznie krewnej, bo praktycznie traktował ją jak rodzoną córkę, o ile nie lepiej – chuchał, dmuchał i dbał z takim zaangażowaniem, jakby chciał jej tym coś wynagrodzić. A może przed czymś ochronić? Ocalić? Zwłaszcza że już samo nasze poznanie było… osobliwe. Pewnego letniego dnia roku czterdziestego Stachu zaprosił mnie do siebie, ugościł prawdziwą kawą oraz wspomnianym trunkiem i oznajmił, że chce mi kogoś przedstawić. Konkretnie swoją kuzynkę, którą teraz będzie się opiekował, bo jej rodzice odeszli i już nie wrócą. Po czym poprosił do pokoju kryjącą się do tej pory za ścianą mniej więcej dwudziestoletnią dziewczynę, ta zaś grzecznie się ukłoniła, ...
... przywitała paroma słowami i zaraz wyszła. I to wszystko. A mnie aż skręcało. Także ze zwyczajnej ludzkiej ciekawości. Parokrotnie próbowałam podpytać o jakieś szczegóły ich relacji rodzinnych, jednak bezskutecznie. Odpuściłam więc zbytnie wścibstwo, tym bardziej że widziałam, iż rola przyszywanego ojca nie była dla Stacha łatwa. I nawet nie w tym rzecz, że próbował jakoś pogodzić własne mocno szemrane interesy z możliwie przykładnym wychowaniem młodej pannicy. Ani to, że – moim skromnym zdaniem – Izabela nijak nie była z nim spokrewniona, a „odejście” jej rodziców oznaczało bardziej ich wywózkę, względnie rozstrzelanie. Po prostu ona była… specyficzna. Bardzo. O ile udało mi się zauważyć, praktycznie nigdzie nie wychodziła i z nikim nie rozmawiała, żyjąc jakby we własnym, ukrytym przez zazdrosnymi spojrzeniami świecie. Pełnym sekretów, niespełnionych marzeń i… czyżby także pragnień? Gdybym tylko los dał mi sposobność, bez zastanowienia padłabym przed Izabelą na kolana. Poprosiła, by obdarzyła mnie jednym z najcudowniejszych uśmiechów jakie w życiu widziałam, zamieniającemu w gruncie rzeczy bardzo przeciętną, pulchną twarz z nieco przydużym nosem w najprawdziwszego anioła. Objęła pozornie niezgrabne, a przecież jakże cudnie apetyczne biodra i przytuliła się do krągłego brzuszka. Wstała powoli, wciąż wpatrując się w przepełnione melancholią oczy. Przeciągnęła dłonią po kibici. Biuście. Szyi. Policzkach. Z największą delikatnością podważyła wargę palcem. Tak, by lico zapłonęło ...