-
Saga o gwiezdnej kobiecie, czyli wyznanie…
Data: 18.10.2023, Kategorie: wojna, smutek, kochanka, wspomnienia, samobójstwo, Autor: Agnessa Novvak
... uroczo niewinnym zawstydzeniem. A później wstała, przyciągnęła do siebie mocno i pocałowała… I Bóg mi świadkiem, że na ustach by się nie skończyło! Tylko cóż z tego, że aż mnie trzęsło na samą myśl o takim spotkaniu, skoro doskonale wiedziałam, że me pragnienie nigdy się nie ziści. Przez wzgląd na nią. Na jej przyszywanego ojca… wuja… zresztą nieważne. Na pamięć o Anieli i Bynku. No i na siebie samą. A nawet gdybym jakimś cudem okiełznała pragnienia ciała, to rozszalałego umysłu nie dałabym rady powstrzymać. I prędzej czy później doszłoby do tego, że może i dłonią, biustem lub czymkolwiek innym dotykałabym Stacha, jednak tak naprawdę mą prawdziwą kochanką byłaby Izabela. Do niej bym wzdychała, ją ukradkiem podziwiała, o niej marzyła i śniła. Dlatego też owszem, wyjątkowo grzecznie i szczerze dziękowałam Stachowi za jego pomoc, wsparcie i naprawdę miłe słowa, lecz nieodmiennie trzymałam go na dystans. Paradoksalnie to Izabelę dopuściłam nieco bliżej, gdyż widziałam jak bardzo brakowało jej kobiecego towarzystwa. I o ile o żadnej imitacji relacji matki z córką nie mogło być mowy, o tyle sama nieraz zapraszałam ją choćby na zwyczajne pogaduszki. I choć z początku nie było mi łatwo, to z czasem nauczyłam się panować nad niegodnymi kobiecej czci podnietami. A przynajmniej w obecności Izabeli, bo tego, co działo się po jej wyjściu, powstrzymywać już nie potrafiłam. A może po prostu nie chciałam? Tak czy inaczej starałam się jakoś żyć. Czy raczej przetrwać z dnia na dzień, ...
... bez wielkich planów, nadziei i przede wszystkim angażowania się w jakiekolwiek bliższe relacje, by znów nie dać sobie złamać serca. I trwało to i trwało miesiącami, aż wreszcie pewnego wyjątkowo zimnego wieczoru mój może i smutny, niebezpieczny oraz wypełniony strachem, lecz równocześnie osobliwie stabilny świat znów został wywrócony do góry nogami. A naprawdę mało brakło, by się to nie stało… Najpierw druga rocznica kapitulacji, a później mało budujące wieści z frontu – gdzie Niemcy podchodzili pod Moskwę i wydawało się, że po zeszłorocznym zagarnięciu Skandynawii, rozjechaniu Francji i całkiem świeżym zajęciu Bałkanów już nikt i nic nie stanie na ich drodze do podboju reszty świata – tak mnie przygnębiły, że naprawdę nie miałam wielkiej ochoty dodatkowo smucić się na cmentarzu. Jednak stwierdziłam, że przynajmniej w ten jeden dzień w roku należy tam być. Odczekałam tylko do wieczora, by przypadkiem nie spotkać Gity, kupiłam kwiaty, znicze, no i poszłam. Gdy po wszystkim wychodziłam już za bramę, w tumanach sypiącego śniegu dostrzegłam znajomą nie tylko sylwetkę, ale przede wszystkim charakterystyczny wzór na płaszczu. A może tylko mi się wydawało? Ostatecznie nie widziałam go od lat, a do tego migoczące lampy mogły sprawić niemiłego psikusa. Wiedziona ciekawością podążyłam jednak za ginącą w śniegu postacią, śledząc ją aż do dwóch niepozornych nagrobków, zwieńczonych zbitymi ze nieoheblowanych desek krzyżami. Wciąż niezauważona podchodziłam ostrożnie coraz bliżej, ...