-
Przypadek (III)
Data: 04.03.2024, Kategorie: londyn, początek, romantycznie, Autor: juliabe
... zaniósł do kosza na śmieci. Pierścionek schował do kieszeni. Akurat najbardziej nielubiany sąsiad wracał ze spaceru z psem i patrzył na niego z głupim uśmiechem. Tristan zignorował go, z premedytacją się nie przywitał i poszedł w stronę głównej ulicy, gdzie chciał złapać taksówkę. Miał wrażenie, że słyszy za sobą rechot sąsiada. Jak na złość, jedyna czarna taksówka, która go minęła, już wiozła klienta. „Taka karma” – pożałował sam siebie, jakby brak taksówki był jego największym problemem. Ruszył ku stacji metra, ciągnąc za sobą wielką, różową i prawie pustą walizkę. Po drodze wstąpił jeszcze do sklepu i kupił dwa pudełka prezerwatyw, na wszelki wypadek. Do Ikera przecież może pojechać w każdej chwili, tłumaczył sobie. Uwielbiał włóczyć się po swoim mieście i w normalnych okolicznościach poszedłby z Earl’s Court do Hammersmith na piechotę. Często nawet biegał do pracy, zamiast korzystać kilkuprzystankowej przejażdżki, zwłaszcza że szpital i tak był nieco oddalony od stacji. Ale ta niedziela była najbardziej nienormalną w jego dotychczasowym życiu. Dochodząc do peronu, zobaczył jeszcze tył odjeżdżającego pociągu. – Co jeszcze…? – wściekle zapytał na głos, czym przestraszył mijającą go dziewczynę. Odwrócił się za nią, chcąc ją przeprosić i z impetem wpadł na nadchodzącego mężczyznę. Podniósł ręce w geście poddania się, potrząsnął głową i oparł się o ścianę, czekając już tylko na pociąg. Już w wagonie zorientował się, że zewnętrzne kieszenie jego okrycia były puste. W ...
... pierwszym odruchu spanikował i zaczął je przetrząsać w poszukiwaniu kluczy, ale szybko przypomniał sobie, gdzie i dlaczego je zostawił. Portfel miał w wewnętrznej kieszeni. Brak pierścionka jednak go zastanowił. Może to była szybka akcja tego faceta, który w niego wpadł? Ciekawe, czy się zdziwił? A może nie takie rzeczy zdarzało mu się wyciągać z kieszeni przypadkowych przechodniów? Paręnaście minut później minął bramki, przy których dobę wcześniej pożegnał Julię i ruszył w kierunku jej mieszkania. Doszedł do zielonego mostu i zawahał się. Co jej powie? Zapyta, czy przygarnie bezdomnego? A co, jeśli jej nie będzie? A może go po prostu nie wpuści? Mógł być szczery wobec siebie: nie szukał po prostu noclegu, pragnął Julii. Znowu poczuł się bardzo zmęczony. „Żałosne. Najpierw piwo” – pomyślał i skręcił w prawo, w stronę pubu, w którym spotkali się przypadkowo zaledwie dwa dni wcześniej. II Julia stała oparta o murek. Aż przystanął i przez chwilę podziwiał z oddali jej profil, widoczny na tle zimnego, zachmurzonego nieba. Odwróciła się, goniąc wzrokiem za przelatującą mewą. Miał wrażenie, że odkąd się na niego rzuciła, głupiał na sam jej widok. „Czyli jednak czarownica”, pomyślał. Miał nadzieję, że idąc do niej, nie popełniał kolejnej głupoty. Zdawała się nie zwracać uwagi na coraz bardziej przenikliwy chłód, opatulona wielkim kolorowym szalem. Nie przywiązywała wagi do fryzury, nie była pomalowana. Chłodny wiatr tarmosił niedbały kok na czubku jej kształtnej głowy i ...