Saga o gwiezdnej kobiecie, czyli wyznanie…
Data: 23.03.2024,
Kategorie:
Romantyczne
służąca,
mezalians,
Zdrada
Lesbijki
Autor: Agnessa Novvak
... wykonać swe wciąż aktualne obowiązki, po prostu się ulatniałam, uprzedzając tylko portiera, że ma ją pod moją nieobecność najpierw wpuścić, a potem dopilnować, by wyszła. A że jednocześnie nie chciałam się spotykać z nikim innym, to zwykle spacerowałam – względnie kazałam się wozić dorożką, zależnie od pogody i chęci – bez sensu po okolicy, zastanawiając się, co właściwie dalej robić?
Zapewne myślałabym nad tym do przyszłego roku, a może nawet jeszcze dłużej, gdyby nie kolejny, pozornie niewinny splot przypadków. Pewnego bowiem dnia Aniela – o czym nie wiedziałam – miała się spóźnić, ja zaś szybciej niż zwykle przegrałam pojedynek z wyjątkowo dokazującym wiatrem. Chcąc nie chcąc wróciłam więc nieco wcześniej i praktycznie już wchodziłam do kamienicy, gdy zauważyłam grupkę dzieciaków, próbujących się choć trochę ogrzać przy ustawionym na rogu ulicy koksiaku. Najpierw przyjrzałam się przykrótkim kurteczkom, umorusanym czapkom i dziurawym butom, a potem spojrzałam na własne odbicie w witrynie sąsiedniej cukierni. I spłonęłam wstydem. Za równowartość rękawiczek z koźlej skórki mogłabym ubrać takiego z tych synków – względnie dziewuszkę, bo i takie korzystały z darmowego ciepła – od stóp po głowę. Za torebkę ze złoconymi cekinami kolejnych dwoje, może i troje. Za etolę ze srebrnego lisa, dogrzewającą przykryte płaszczem z kaszmirskiej wełny ramiona… wolałam nawet nie próbować tego liczyć.
Nie myśląc zbyt wiele, kupiłam w rzeczonej cukierence tyle frykasów, ile tylko byłam w ...
... stanie unieść, a następnie podeszłam do chuchającej parą grupki. Co prawda z początku zerkali na mnie cokolwiek podejrzliwie, lecz kolejne podtykane pod zmarznięte nosy słodycze szybko rozwiały wszelkie wątpliwości. Korzystając z okazji, podpytałam ich ostrożnie, kim są i co tu właściwie robią. I z każdą kolejną odpowiedzią robiło mi się gorąco. I to nie z powodu bliskości żaru, a najzwyklejszego wstydu. Okazało się bowiem, że nie był to żaden młodociany gang zbieraczy kitu, a najzwyklejsze dzieci, tyle że urodzone pod mniej szczęśliwą gwiazdą niż moja. Tylko tyle i aż tyle.
Zaczęłam się nawet rozglądać, czy w pobliżu nie było jakiegoś miejsca gdzie mogłyby się porządnie ogrzać – najlepiej przy gorącej herbacie albo nawet jakimś ponczu – gdy jeden z chłopaków nagle zakrzyknął: „mamulka!” i wraz z drugim podbiegł pod doskonale mi znaną bramę. Ja zaś na widok wychodzącej z niej osoby, odzianej w niedającej się pomylić z żadną inną pepitkę, stwierdziłam oficjalnie i przy świadkach, że jestem skończoną idiotką. Mając w głębokim poważaniu, że wszyscy dookoła musieli to słyszeć. Głośno i wyraźnie.
Następnego dnia zaraz po pracy odwiedziłam rodziców, by ustalić z nimi plan na oczekujące już za progiem Boże Narodzenie, sylwestra i okolice. Później wpadłam bez zapowiedzi do Gity – tym razem jej samej, bo Bynek znów gdzieś zniknął – na której wymusiłam tak bardzo mi potrzebny pogaduszkowy wieczór. Natomiast na trzecie popołudnie musiałam zapewnić sobie wolne mieszkanie, więc już ...