-
Vagabunda
Data: 04.07.2020, Kategorie: funfiction, lara croft, tomb raider, przygoda, Autor: starski
... ludźmi, pewnie czuje się pośród nich bystrzakiem. Ten śniady to Carlos Jimenez, obywatel Szwajcarii, a tak naprawdę, hiszpański Cygan. Nożownik i człowiek od brudnej roboty. Tego dzieciaka nie znam. Pewnie Pedrosa zwerbował go gdzieś na ulicach Meksyku, São Paulo albo Rio. Nie wygląda nawet na pełnoletniego. Brakuje tutaj tylko ich mecenasa i głównego sponsora, Rogeiro. - Rogeiro? - Zdziwiłem się – Tego, który polecił mnie tobie?- Wciąż nie przypominałem sobie nikogo o tym imieniu. - Tego samego – przyznała. - Myślałem... – zacząłem, ale zorientowałem się, że chyba nie do końca zrozumiałem sytuację. - Tak, współpracowaliśmy ze sobą, potem nasze interesy stały się, powiedzmy, sprzeczne. - Rozumiem – odpowiedziałem bez przekonania. - Rogeiro, to bogaty syn tatusia, który lubi bawić się w poszukiwacza skarbów, awanturnika i podróżnika, ale noce spędza w hotelu. Kiedyś był mecenasem sztuki. Sponsorował wiele wypraw, z których sam osobiście wycofywał się często w połowie, albo gdy robiło się naprawdę trudno. Nie ma miejsca, z którego w ciągu trzydziestu minut nie mógłby zabrać go prywatny śmigłowiec. - W jej głosie wyczułem lekką kpinę i rozdrażnienie. - W ten sposób osiągnął już niejedno, oczywiście wysługując się czyimiś rękami i umiejętnościami. Ważne, żeby móc potem, w towarzystwie takich jak on modnisiów, chwalić się niesamowitymi podbojami. - To bardzo surowa i krzywdząca opinia, zwłaszcza z twoich ust Laro – zabrzmiało za naszymi plecami. Ja ...
... podskoczyłem jak oparzony. Lara odwróciła się niespiesznie, starając się ukryć zaskoczenie. Wysoki, szczupły mężczyzna, w pastelowo zielonej koszulce polo i eleganckich szortach, trzymał w dłoni niewielki, wyglądający jak zabawka rewolwer. Nie przeraził mnie jego widok, pewnie dlatego, że jego opalona twarz była raczej uprzejma i łagodna. Beztroskiego wyrazu nadawała mu też czarna, przetkana siwizną czupryna. - Jeśli się nie znacie to: Roger White, Ruben - Ruben, Roger White – Przedstawiła nas sobie. Byłem pewien, że widziałem go pierwszy raz w życiu. Skinąłem głową, zważywszy na wycelowaną w naszą stronę broń, powstrzymałem się od wyciągnięcia ręki. - Myślałaś, że możesz brać sobie co ci się spodoba, tak bez pytania – odezwał się znów Rogeiro, czy raczej Roger, swym bardzo brytyjskim akcentem. - Podobno miałam pozwolenie. - Wcześniej, owszem – parsknął. - Nie wiedziałam, że twoje obietnice mają termin ważności, teraz już zapamiętam. - Nie bądź śmieszna. To nie ja się obraziłem, tylko ty. - Wiesz jak pracuję, a mimo to wciągnąłeś w to tego łysego pawiana i jego bandę. - Chcesz znów kłócić się o to samo? Mogę tylko powtórzyć ci to, co powiedziałem wcześniej, ale widzę, że nie ma to zbytniego sensu. Nie docierają do ciebie argumenty. - Nie docierają. - Przykro mi bardzo. Możesz jeszcze zmienić zdanie. - Ty możesz zmienić stronę. - Wiesz doskonale, że nie mogę. - Rogeiro wciąż nie spuszczał nas z muszki. Osobiście nie czułem się zagrożeniem dla nikogo i ...