-
Vagabunda
Data: 04.07.2020, Kategorie: funfiction, lara croft, tomb raider, przygoda, Autor: starski
... zemdleję. Skierował we mnie lufę, celując niedbale. - Co wy wszyscy macie z tą dupą – jęknął. - Znalazł się kolejny obrońca dawno straconej cnoty. - Zaskoczył mnie jego ton - Kurwa, ludzie! Czy tak wam ta pizda wsiąka w mózg, że aż odbiera rozum? - Machał srebrnym pistoletem jak zabawką. - Ciągną się za nią przez pół świata, zjadają ich wilki, niedźwiedzie. Jeden spada w przepaść. Tego dupka z Nepalu zjedli kanibale – Jego głos przesączony był szczerym rozsierdzeniem – I za co? Bo dała im powąchać? Potrzymać? Zamoczyć? Czy tylko obiecała, że da? - Zamilkł. Nie zorientowałem się, że chyba kierował to pytanie do mnie - I co takiego jest w tej piździe niesamowitego? Pizda jak pizda – odpowiedział jednak sam sobie. - Uwierz mi chłopcze, nie ty pierwszy i nie ostatni nadziewałeś to ciasteczko kremem. Odpuść więc sobie i pójdź po rozum do głowy, albo skończysz jak wszyscy inni. Z twardym chujem, gdzieś na dnie morza, czy w jakichś innych krzakach. - Miałem już coś odpowiedzieć, chociaż teraz nie potrafię przypomnieć sobie co dokładnie, gdy ktoś trzepnął mnie w kark. Pociemniało mi w oczach i runąłem do przodu. Moją ostatnią myślą było, że w sumie nie boli, tylko tak słabo jakoś, a tu taki ciężar... Obudziłem się w samolocie. Pojąłem to nie od razu, bo jednostajne buczenie mogło równie dobrze generować się w mojej czaszce. Leżałem między workami i torbami, jednym słowem, w bagażu. Panował zielony półmrok. Plastikowe tasiemki wpijały mi się w przeguby. Podniosłem głowę i ...
... dostrzegłem resztę towarzystwa. Siedzieli na ławkach naprzeciw siebie, zajęci własnymi myślami. Nie widziałem nigdzie Lary. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Oparłem z powrotem bolący łeb i zasnąłem. Obudziło mnie lądowanie. Koła samolotu piszczały przeciągle i wszystko, w tym ja, ulegało silnej wibracji. Nie bez trudu podniosłem się spomiędzy bagaży i rozejrzałem. Maszyna wyhamowała. Szwajcarski Hiszpan zauważył moją pobudkę i posłał mi uśmieszek. Ktoś otworzył boczne drzwi. Do środka wdarło się światło dnia. Wstawali i wysiadali. Jeden z nich podszedł w moim kierunku. To był Rogeiro. - Ruben, wybacz za ten cios w głowę. - Sprawiał wrażenie, że rzeczywiście było mu przykro. - Nie mogłem ryzykować – Nie wiedziałem co dokładnie miało to oznaczać, ale na wszelki wypadek przytaknąłem na zgodę. Uniosłem skrępowane ręce. Znów było mu przykro, może jeszcze bardziej niż poprzednio. Wyjął z pochwy przy pasie, nóż i przeciął tasiemki jednym ruchem. Pomógł mi wstać. - Gdzie jesteśmy – wydukałem, zeskakując na płytę lotniska. Suszyło mnie niemiłosiernie. - Jukatan – odpowiedział jednym słowem. Wszyscy czekali, wpatrzeni w zbliżającą się pasem, czarną limuzynę. Lara, zakuta z tyłu, stała między Pedrosą, a Ukraińcem. Słońce raziło i powodowało ból. Strasznie mnie suszyło. Długi wóz zatoczył koło i zatrzymał się przed nami. Szofer pozostał na swoim miejscu, wysiedli za to pasażerowie, wielki łysy goryl w garniturze, oraz jego czarny bliźniak. Obaj obskoczyli samochód truchtem i ...