-
Vagabunda
Data: 04.07.2020, Kategorie: funfiction, lara croft, tomb raider, przygoda, Autor: starski
... Zaczynałem rozumieć, dlaczego prawie nie odzywał się do nikogo przez całą drogę. - Niektórzy zapominają kim jestem i jaki jest mój wkład w całą sprawę. - Kiwałem głową, chociaż nie byłem pewien czy widzi mój gest. - Przepraszam, że cię ogłuszyłem. - Nie ma sprawy – Miałem naprawdę sucho w gardle. - Zabraliśmy cię, bo Lara nie chciała, żebyś został tam, na zadupiu. To był jej warunek. - Schody stały się jeszcze bardziej strome. - Ale mnie nie obchodzi kto na co się zgadza. Ja mam własne priorytety – Powiedział dumnie. - Co za dużo to nie zdrowo – dodał, a ja przytaknąłem z zapałem, choć wszystko było dla mnie niejasne. Wyszliśmy na prostą. Wiał tutaj jednostajny, zimny wiatr. - Może zdejmiesz mi worek – spróbowałem. - Za chwilę. Tutaj zaraz będą strażnicy. Usłyszałem szuranie stopami innych osób. Otworzono jakieś drzwi, które zaszorowały po podłożu. Chyba wprowadzono mnie do jakiegoś pomieszczenia, bo zimny podmuch ustał. Zdjęto mi worek z głowy. Świeciła się jedna, mleczna żarówka, zwisająca z sufitu na przydługim przewodzie. W pomieszczeniu stał metalowy stolik, krzesło, oraz prycza z materacem. Rogeiro patrzył na mnie, marszcząc brwi, obok stał jakiś śniady, ubrany w zielony kombinezon człowiek, którego widziałem po raz pierwszy w życiu. - Posiedzisz tu trochę – powiedział do mnie Rogeiro, surowo. Być może tak dla niepoznaki. - Aż nie skończy się cały ten cyrk. Potem ktoś cię wypuści. - Albo i nie – Zarechotał tubylec, pokazując końskie ...
... uzębienie. Uśmiechnąłem się również, ale bez przekonania. Wreszcie dostałem pić. Człowiek, który mnie pilnował miał na imię Manolo. Był całkiem sympatyczny, ale to wesołe usposobienie mieszało się w nim z jakimś dziwacznym okrucieństwem. Współczuł mi, ale drażnił się, zanim dał mi wody, jakby nie potrafił pojąć, że naprawdę męczy mnie pragnienie, albo jakby skurwysyństwo przesiąkło go do tego stopnia, że nie potrafił już postępować inaczej. Uśmiechał się, cały czas szczerze rozbawiony. Wreszcie dał mi się napić, a potem przyniósł jeszcze, gdy opróżniłem butelkę. Nie wiedziałem czy zaczynam go lubić czy nienawidzić. Siedział ze mną w celi, ale co jakiś czas wychodził na zewnątrz, łaził gdzieś i po kilku minutach znów wracał. Starałem się, mimo wszystko, być sympatyczny, a gdy wreszcie wydało mi się, że już jesteśmy kumplami, zapytałem gdzie tak naprawdę jesteśmy. Odpowiedział mi słowem, którego po prostu nie zrozumiałem. Może mój hiszpański nie był dostatecznie dobry, może mówił coś w dialekcie, albo w starodawnym narzeczu, w każdym razie nie pojąłem. Rozbawiło go to, jakże by inaczej, wtedy coś przerwało nam zabawę. Ktoś na zewnątrz wołał go po imieniu. Wyskoczył, zamykając za sobą drzwi. Nie wracał. Wstałem i nacisnąłem klamkę. Ustąpiła. Wyjrzałem. Korytarz wyglądał na wykuty w skale. Co jakieś pięć metrów jarzyła się lampa w zbrojonej obudowie. W odległości około dwudziestu kroków, w obydwu kierunkach, korytarz łamał się pod kątem prostym. Poszedłem w prawo, wybierając ...