-
Ballada o trzech nieznajomych, czyli historia…
Data: 21.02.2021, Kategorie: horror, groza, śmierć, opętanie, erotyka, Autor: Agnessa Novvak
... pewności zbliżyłem się do każdej z nich i pociągnąłem za spust jeszcze po razie, tym razem celując w głowy. Schowałem pistolet i podszedłem do Pitbula, próbując rozeznać się w jego faktycznym stanie. Okazało się, że jeszcze dychał – ledwo, bo ledwo, ale jednak! Z zauważonego wcześniej, iście perwersyjnego w swym przeznaczeniu kąciku czystości zabrałem wilgotne ręczniki i zacząłem przecierać ciało kompana. Szybko zorientowałem się, że obmyta z zakrzepłej już częściowo krwi skóra była może pocięta, poprzypalana i chyba nawet tu i ówdzie pogryziona, lecz większość ran była raczej niegroźna, a zawartość samochodowej apteczki powinna wystarczyć do opanowania sytuacji… Może poza jednym, bardzo istotnym elementem męskiej anatomii, wymagającym jak najpilniejszej interwencji zespołu transplantologicznego. Pospiesznie odwiązałem towarzysza i dopiero wówczas zderzyłem się z kolejnym, naprawdę pokaźnym problemem – jak właściwie wytargam go na górę? Samemu, po wąziutkich schodkach, taszcząc dobre sto pięćdziesiąt kilo bezwładnego mięcha? Wtem nieruchome do tej pory cielsko niespodziewanie drgnęło, obróciło głowę pod nienaturalnym kątem i wbiło we mnie puste spojrzenie, błyskające bezduszną czerwienią. Przez moment łudziłem się jeszcze, że kolor był jedynie wynikiem urazów, ale nie. Mocny cios piąchą w szczękę odrzucił mnie aż na stojący pod ścianą regał, zastawiony wypełnionymi mętnożółtą cieczą słojami. Pływającej w nich zawartości, przypominającej upiorny zestaw części zamiennych ...
... do homunkulusa, wolałem się nawet nie przyglądać. Za to widząc szarżującego szaleńczo Pitbula, mogłem zrobić tylko jedno: strzelać do momentu, w którym pazur wyciągu wydarł z komory ostatnią pustą łuskę, blokując tym samym zamek w tylnym położeniu. Wstałem, wsunąłem bezużyteczną już broń za pas i hamując wzbierające wymioty, poszedłem w stronę wyjścia. Teraz tylko i aż musiałem czym prędzej dotrzeć do samochodu, wcisnąć gaz do dechy i… nagle zatrzymał mnie ostry zgrzyt, jakby ktoś skrobał żelazem po kamieniu. Obróciłem się. Dobrze rozpoznałem odgłos. Niestety. Aida, z niedającą się nijak ukryć przestrzeliną na środku czoła, podążała w moją stronę chwiejnym, lecz nieubłaganym krokiem. Ciągnąc po posadzce metalowy pręt z obręczami na końcach, którego przeznaczenia nie miałem najmniejszego zamiaru poznawać. Ów abstrakcyjnie przerażający, absolutnie przecież niemożliwy widok zszokował mnie do tego stopnia, iż ocknąłem się dopiero gdy z podłogi podniosła się także Ariadna. Z krwawą dziurą ziejącą w miejscu oka. Dzierżąca w dłoniach bat… bicz… było mi już wszystko jedno! Zatrzasnąłem za sobą drzwi, zatarasowałem je przewróconą komodą i pędząc na złamanie karku, dobiegłem w końcu do auta. Tylko po to, by definitywnie pozbyć się resztek nadziei. Szyby były porozbijane, opony przebite, a spod niedomkniętej maski wystawały poszarpane kable. Jakby tego było mało, broń świętej pamięci kompana zniknęła bez śladu ze schowka, a bezcenny pakunek – stanowiący przecież podstawowy ...