1. Ballada o trzech nieznajomych, czyli historia…


    Data: 21.02.2021, Kategorie: horror, groza, śmierć, opętanie, erotyka, Autor: Agnessa Novvak

    ... ząbki dokładnie tak samo, jak za pierwszym razem, gdy staliśmy przy samochodzie. Przytuliła się wciąż wilgotnym, oblanym gorejącą łuną ciałem, ewidentnie próbując nie dotknąć żadnego wrażliwego miejsca. Nie przerywając uśmiechu, nieoczekiwanie przylgnęła do mnie ustami, zostawiając po sobie subtelnie słodkawy posmak.
    
    – Czyli zostałam sama, tak? – Nie byłem pewien, czy zapytała, czy jedynie stwierdziła oczywisty fakt.
    
    – Masz przecież mnie! – zaprzeczyłem odruchowo, choć wiedziałem, jakże pusta i fałszywa była to deklaracja.
    
    – Przepraszam – wbiła we mnie spojrzenie przesadnie dużych oczu – ale nie mogę inaczej. Teraz to ty mnie wybacz .
    
    Pojąłem słowa Aurory dopiero gdy znienacka chwyciła mój własny nóż i całym impetem wbiła go po rękojeść pod żebra. Po czym bez słowa powstała, odwróciła się i zaczęła iść w kierunku dworu. Powolutku, krok za krokiem, jakby celowo napawając się nieuniknionym. W końcu przestałem rozróżniać jej sylwetkę na tle płomieni, by po chwili usłyszeć narastający gwałtownie, przeraźliwy krzyk. Powietrze zawibrowało, rozsadzając bębenki w uszach.
    
    Niczego więcej nie byłem już w stanie sobie przypomnieć.
    
    Przesycony przenikliwą wilgocią świt nieśmiało budzi się do życia ponad spalonymi resztkami dworku, którego pierwotnej wielkości oraz chwały można się już jedynie domyślać. Rozświetla skruszone nad samą ziemią nędzne resztki kolumn niegdysiejszego ganku, porośnięte wybujałymi dziko na żyznym popiele krzewami. Przenika przez puste oczodoły ...
    ... nielicznych, pozostałych pośród zawalonych ścian okiennic, z których gdzieniegdzie wystają gałęzie pnących się ku niebu drzew. Po kolejnych kilku minutach wydobywa z cienia stertę gruzu na środku placu, będącą niegdyś zdobną fontanną, w której już nikt nikogo niecnie nie pochwyci.
    
    Siedzę pod nią zrezygnowany, czekając ratunku, który nie nadejdzie.
    
    Wpatruję się w owe dziwy z niedowierzaniem, wypieranym przez narastający z przerażającą konsekwencją strach. Wiem przecież, gdzie się znajduję i doskonale pamiętam, co się wydarzyło! A może jednak nie? I wszystko dokoła jest jedynie snem? Marą? Halucynacją? Nie zmienia się jedynie jedno: wszędzie wciąż panuje upiorna, przerywana co najwyżej wątłym szelestem liści cisza. Najwyraźniej kompletnie niezainteresowane mymi rozterkami słońce rozgania speszoną jego natarczywością mgłę, wycofującą się trwożnie za kamienny most, w którego poszczerbione resztki wpatruję się coraz mniej przytomnie. Marzę o wybawieniu, które przecież nigdy… Tylko czy na pewno?
    
    Z początku nie mam pewności, lecz każde kolejne uderzenie wybrzmiewa coraz wyraźniej. Ktoś ewidentnie wchodzi na mostek od drugiej strony! Dostrzegam jakby kaptur, czy raczej… nie, jednak chustę wyszywaną w kolorowe motyle. Wieńczącą niską sylwetkę, opierającą się na podbitej metalem, stukoczącej lasce. Chcę ją przywołać, lecz słowa więzną mi w gardle, a nerwowe skurcze poprzecinanych mięśni nie pozwalają na najdrobniejszy nawet gest. Postać zmierza ku mnie może i powoli, lecz ...