1. Technologia zmartwychwstania (I)


    Data: 03.09.2023, Kategorie: Romantyczne poliamoria, science-fiction, astrofizyka, kosmologia, Autor: XeeleeFirst

    ... odbywa?” Odpowiedziała w ten sposób: „Ja, nie wiele wiem! Ktoś z uczestników tej konferencji, który jest tutaj obecny, rozesłał niedawno pewien niezwykle intrygujący list. List proponował spotkanie, miejsce spotkania i datę spotkania, i zawierał trzy zagadki. Nadawca zapowiadał, że do pensjonatu „Equinox” na proponowaną konferencję zostaną zaproszone tylko te osoby, które znają odpowiedź na trzy zagadki”.
    
    – Jakie zagadki?
    
    – To ponoć było sformułowane w ten sposób:
    
    (1) Jak miał na imię komandor statku, organizator spisku, pochodzący z M 31?
    
    (2) Wymień imiona osób, które wylądowały na Maderze.
    
    (3) Jak miał na imię mężczyzna, Ziemianin, z którym nawiązano kontakt zaraz po wylądowaniu.
    
    – Znałem odpowiedź na te trzy pytania.
    
    – Wiem, inaczej nie byłoby Cię tutaj!
    
    – Niemniej jednak wiele spraw pozostaje niejasnych!
    
    – Jaycee! Chodź, wyjdziemy stąd. Pójdziemy na spacer.
    
    – Przecież tam jest noc. To jest na wysokości 1200 metrów.
    
    – Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy! Ci, którzy mogliby cię skrzywdzić właśnie zgromadzili się tutaj. Więc jeśli wyjdziemy stąd, to będziemy bezpieczni.
    
    – Dobrze! Idziemy!
    
    Powyżej pensjonatu wiodła ścieżka na szczyt góry „Equina”. Po dwudziestu minutach marszu znaleźliśmy się pośród krzaków kosodrzewiny. Świecił Księżyc. Był już niemal w pełni. Z moich ust wydostały się nagle słowa, które samego mnie zdziwiły:
    
    – Jaycee, kochaj się teraz tutaj ze mną!
    
    Zamiast odpowiedzi Jaycee przytuliła się do mnie i zaczęła całować ...
    ... mnie w usta. Po
    
    długiej chwili szepnęła mi do ucha:
    
    – Możesz robić ze mną, co chcesz! Rozbierzemy kurtki. Na szczęście mamy jeszcze swetry i nie jest tak zimno. Dwie nasze kurki położymy tutaj między tymi kamieniami. Popatrz, widać po horyzont. Tam daleko świecą światła.
    
    – To po prostu Cubbyhole.
    
    Jaycee zdjęła swoje rajtuzy, a ja podwinąłem jej spódnicę i przewróciłem ją na prowizoryczne posłanie. Wsunąłem dłoń między jej uda, a po chwili już pod jej majtki. Zacząłem drażnić łechtaczkę.
    
    Patrzałem na bladą twarz dziewczyny. Widziałem wszystko dokładnie, gdyż Księżyc świecił jasno, emitując srebrzysto-platynowe światło!
    
    Odczuwałem niesamowitą ekscytację i pożądanie. Nic teraz nie mówiłem, Jaycee też milczała. Przez godzinę odbieraliśmy od siebie nawzajem jakieś ‘przekazy’, jakieś przesłania, które nie pochodziły ani z Księżyca, ani z pobliskich gwiazd, ani z bardziej odległego kosmosu. Jeśli chodzi o mnie, owe niewysłowione uniesienie pochodziła z wnętrza mikrokosmosu, jaki stanowiło dusza i ciało Jaycee.
    
    Po godzinie pierwsza odezwała się Jaycee:
    
    – To było wspaniałe. Czułam się jak w San Jupitero. Chcę jutro jeszcze raz.
    
    – Kocham Cię, chcę więcej tego samego. Chcę to dostać w dawce ‘subletalnej’.
    
    – Mówisz jak Ci z tego klubu „Pop-Art” o narkotykach!
    
    – Przepraszam, masz rację! Jeśli jest cudownie, to trzeba to potraktować jako ‘wzorzec codzienności pożądanej’, a nie jakiś ‘niezwykły hay’.
    
    – To właśnie chciałam Ci powiedzieć. Sądzę, że z jakiś ...